Kanadyjski pickup, który pływa i kręci piruety. Argo Sasquatch XTX wjeżdża na gruby lód

Są auta „na każdą pogodę” i są maszyny, które pogodę traktują jak drobną sugestię. Argo Sasquatch XTX to kanadyjski pickup-amfibia na gigantycznych oponach, który potrafi wjechać w śnieg, błoto, na lód, po to, by potem po prostu popłynąć w razie potrzeby.
Argo od ponad 60 lat buduje pojazdy do zadań specjalnych i teraz dorzuca do tego „okręt flagowy” w swoim stylu: prosto, kanciasto i bez udawania, że to gadżet do miasta. Sasquatch XTX ma sylwetkę podobną do rosyjskiego Sherpa (tego czterokołowego „pełzacza” do katowania terenu), ale zamiast krótkiej bryły stawia na formę pickupa z dużą przestrzenią ładunkową z tyłu.
W teorii wjedziesz wszędzie
Sercem auta jest wzmocniona kabina załogi z kilkoma drogami dostępu. Z przodu jest wejście z rozkładaną drabinką, a z boków klasyczne drzwi. Pomysł jest prosty: masz wejść do środka także wtedy, gdy podłoże jest nierówne albo auto stoi wyżej niż zwykle (czyli prawie zawsze, jeśli używasz go zgodnie z przeznaczeniem). W środku znajdziesz dwa fotele z przodu i dwa składane miejsca z tyłu. Kabina jest raczej surowa, ale nie „goła”: jest audio z Bluetooth, klimatyzacja, ogrzewanie i właz dachowy. 
Amfibia na 71-calowych oponach
Największy numer robią tu 71-calowe opony. To one odpowiadają za możliwość pływania i poruszania się w wodzie, a także za przejazd przez śnieg i lód. Na lądzie Sasquatch XTX ma osiągać do 40 km/h, a w wodzie – do 6 km/h. Do tego dochodzi sztuczka, która brzmi na miarę cyrkowego pokazu, a w terenie może być nie do przecenienia: auto potrafi obrócić się w miejscu i wykonać zwrot o 180 stopni bez jazdy do przodu lub do tyłu. Idealne, gdy wokół jest ciasno, ślisko albo oba naraz.
System kontroli terenu, który „pompuje za Ciebie”
Na pokładzie jest Argo Terrain Control, czyli wybór gotowych trybów terenu. Kierowca wciska przycisk (np. Woda, Błoto, Śnieg, Szlak), a pojazd sam dobiera ciśnienie w oponach, pompując je lub spuszczając. Cel jest jasny: lepsza przyczepność w konkretnych warunkach, bez ręcznego kombinowania i bez zgadywania.
Silnik: 1,8-litrowy turbodiesel od Hyundaia
Napęd zapewnia 1,8-litrowy turbodiesel pozyskany od Hyundaia, sparowany z automatyczną skrzynią biegów. Producent nie podaje mocy tej jednostki, ale parametry prędkości sugerują jedno: to ma dowozić moment i „ciąg” w trudnych warunkach, a nie robić wrażenie na autostradzie.
Cena: to już liga sprzętu zawodowego
Oficjalnej ceny na stronie producenta brak, ale źródła z rynku wyceniają Sasquatch XTX na około 691 tys. zł (190 000 dolarów) przed dostawą i opłatami dilerskimi. Same opłaty potrafią sięgać ok. 12,7 tys. zł, a bogatsze konfiguracje mają przekraczać 909 tys. zł. Krótko: to nie jest „zabawka do lasu”, tylko sprzęt, za który płaci się jak za narzędzie pracy – albo jak za spełnienie bardzo specyficznego marzenia.
Ratownictwo zamiast lansu: tu jest sens tej konstrukcji
Sasquatch XTX już trafił do organizacji GlobalMedic z Ontario, działającej w obszarze pomocy i akcji ratunkowych. Założyciel GlobalMedic, Rahul Singh, tłumaczył, po co im taki pojazd:
Wiemy, że przez zmiany klimatu mamy poważne zjawiska pogodowe. Jeśli ludzie utkną w śniegu i musimy ich ratować, jasne – możemy wjechać skuterem śnieżnym. Możemy ściągać kierowców z autostrady. Ale jeśli babcia się poślizgnie i złamie biodro, nie wyciągniemy jej na skuterze śnieżnym. Tym pojazdem możemy to zrobić.
To dobrze ustawia perspektywę: ten „pickup, który pływa” ma być przede wszystkim platformą do dojazdu tam, gdzie normalne auta nie mają podjazdu. Na koniec ciekawostka, która mówi dużo o niszy: producent ma dostawać zapytania nie tylko z Europy, ale też m.in. z Australii i Nowej Zelandii. Jeśli ktoś szuka maszyny do pracy w brutalnym terenie albo do ratownictwa, Sasquatch XTX wygląda jak odpowiedź. Tylko taka, która wymaga grubego portfela i jeszcze grubszego uzasadnienia.
O autorze
Marek Karpiuk
Najnowsze

Russell rozbił bank w Melbourne. Mercedes z pierwszego rzędu, Verstappen odpadł po kraksie

SAIC Z7 wygląda jak Porsche Taycan, ale kosztuje ułamek jego ceny

Leclerc widzi siłę Mercedesa. Ferrari ma nad czym pracować w Melbourne

Alonso rozczarowany, Aston Martin bez zapasów. Honda wpędziła zespół w kryzys już przed startem sezonu























