Europejskie państwa i regiony coraz mocniej konkurują o inwestycje chińskich producentów samochodów i akumulatorów. Oferują im dotacje, ulgi podatkowe, tanią energię i tereny inwestycyjne. Lokalne władze liczą na miejsca pracy, ale w dłuższej perspektywie takie działania mogą zwiększać zależność Starego Kontynentu od chińskiego kapitału i technologii oraz osłabiać skuteczność unijnych ceł.
Hiszpania szczególnie mocno zabiega o Chińczyków
O chińskie inwestycje rywalizują m.in. Katalonia, Aragonia, Nawarra i Galicja. Regiony przedstawiają producentom własne pakiety zachęt i przyspieszają procedury administracyjne.
Aragonia zabiegała o inwestycję CATL-a, oferując tereny przemysłowe i dostęp do taniej energii z OZE. Nawarra wskazywała na rozbudowaną sieć szkół technicznych. Jednym z efektów tych działań jest projekt HiTHIUM wart początkowo 400 mln euro, który ma stworzyć około 1000 miejsc pracy.
Katalonia z kolei wspiera projekt Chery w dawnej fabryce Nissana w Barcelonie. Zakład ma docelowo produkować 150 tys. samochodów rocznie. W Walencji pojawił się projekt związany z Geely, SAIC interesuje się Galicją, a Stellantis wykorzystuje swoje zakłady w Hiszpanii do produkcji samochodów Leapmotor.
Problem w tym, że regiony zaczynają konkurować nie tylko infrastrukturą czy dostępnością pracowników, ale także wysokością dotacji, ulgami podatkowymi i uproszczeniami dla inwestorów.
Węgry oferują Chińczykom bardzo dobre warunki
Najbardziej zdecydowanie działają Węgry. Podatek dochodowy od osób prawnych wynosi tam 9%, a państwo dodatkowo wspiera inwestycje w słabiej rozwiniętych regionach. BYD buduje fabrykę samochodów w Segedynie, a CATL realizuje w Debreczynie inwestycję wartą 7,3 mld euro. Zakład ma zajmować 221 hektarów i zapewnić około 9000 bezpośrednich miejsc pracy.

fot. Volvo
O chińskie projekty zabiegają również Włochy. Rząd Giorgii Meloni prowadzi rozmowy z Dongfengiem, szukając sposobu na wykorzystanie istniejącej infrastruktury przemysłowej.
Francja i Niemcy są bardziej ostrożne
Francja chce, aby chińskie inwestycje przynosiły korzyści również europejskim przedsiębiorstwom. Paryż preferuje projekty wykorzystujące istniejące zakłady i angażujące lokalnych dostawców.
Niemcy podchodzą do chińskich fabryk ostrożniej, obawiając się dodatkowej presji na Volkswagena, BMW i Mercedesa. Jednocześnie władze nie wykluczają chińskich inwestycji, jeśli mogłyby pomóc w utrzymaniu przemysłowego zatrudnienia.
Chińskie fabryki mogą osłabić unijne cła
To właśnie tutaj pojawia się największy problem. Unia Europejska pod koniec 2024 roku wprowadziła dodatkowe cła na import chińskich samochodów elektrycznych, chcąc ograniczyć przewagę producentów korzystających ze wsparcia państwa.
Jeżeli jednak chiński producent zacznie wytwarzać samochody na terenie UE, może ominąć część problemów związanych z importem gotowych pojazdów z Chin. W efekcie europejskie regiony mogą dotować inwestycje firm, wobec których Bruksela wcześniej stosowała środki ochronne.
Nie oznacza to, że chińskie fabryki są dla Europy jednoznacznie złe. Mogą przynieść tysiące miejsc pracy, wykorzystać istniejącą infrastrukturę i zwiększyć produkcję. Problem pojawia się wtedy, gdy Stary Kontynent otrzymuje przede wszystkim montownie, podczas gdy najważniejsze technologie, komponenty i prace badawczo-rozwojowe pozostają poza jej granicami.
Europa potrzebuje wspólnych zasad
Dlatego coraz większe znaczenie może mieć uzależnienie publicznego wsparcia od konkretnych zobowiązań inwestorów. Chodzi m.in. o udział europejskich komponentów, zatrudnianie lokalnych specjalistów, rozwój badań i rozwój oraz rzeczywiste budowanie kompetencji technologicznych w Europie.
Bez takich zasad państwa członkowskie będą nadal konkurować między sobą, oferując chińskim producentom coraz lepsze warunki. Lokalnie może to być świetny interes. Problem w tym, że suma takich lokalnych decyzji niekoniecznie musi być dobrym interesem dla całej Europy.






