⏱️ 3 min.

Jeremy Clarkson znów za kierownicą Ferrari. Co sądzi o 12Cilindri?

Zdjęcie autora artykułu

Patrycja Miętus

27-11-2025 09:11
Jeremy Clarkson

Ferrari 12Cilindri zagrało na emocjach Jeremy’ego Clarksona tak mocno, że trudno było mu udawać dystans do motoryzacyjnej „ostatniej ery”. Supercar z wolnossącym V12, wkręcającym się aż do 9500 obr./min zrobił na nim takie wrażenie, że nawet jego zwyczajowa ironia przestała być tarczą. A 12Cilindri, przy swojej potędze, ogromnych gabarytach i cenie przekraczającej granice rozsądku, udowodniło, że Ferrari wciąż potrafi stworzyć auto, które nie tylko jedzie – ono atakuje zmysły w sposób, jakiego żadna hybryda czy elektryk nie powtórzy.

Kiedy Clarkson opisał 12Cilindri, natychmiast wrócił do swojego ulubionego motoryzacyjnego konfliktu: wolnossący silnik V12 kontra świat, który coraz chętniej zakończyłby jego historię. Jednostka napędowa tego Ferrari rozwija 820 KM i wkręca się na obroty w niezwykły sposób. To auto wciąż gra swoją operę przy 340 km/h, jednocześnie kosztując tyle, że nawet kolekcjonerzy muszą chwilę pooddychać – podstawowa cena wynosi ok. 1 620 000 zł. Z dodatkami? Bez problemu przekracza ok. 2 409 000 zł.

Kiedy dźwięk jest ważniejszy niż liczby

Clarkson podkreślił, że 12Cilindri nie wywołało zachwytu przez same parametry, choć te wyglądają jak żywcem wyjęte z folderu marketingowego. Najważniejszy okazał się dźwięk: to V12 oddycha, śpiewa i reaguje jak żywy organizm:

Współczesne hybrydy i elektryki nie dają już tego połączenia między kierowcą a silnikiem, które sprawia, że każda zmiana obrotów jest impulsem, a nie algorytmem.

To właśnie surowy, mechaniczny charakter odróżnia 12Cilindri od reszty dzisiejszego świata motoryzacji. Ferrari stworzyło maszynę, która celowo nie idzie drogą „efektywności”, tylko dumie pokazuje, że emocje mają swoją wartość.

Ferrari 12Cilindri według Noviteca: więcej hałasu, więcej karbonu, więcej charakteru

Gdy rozmiar zaczyna dominować

Jednocześnie Clarkson przypomniał, że rzeczywistość nie poddaje się romantyzmowi. 12Cilindri ma nadwozie tak długie, że zza kierownicy maska wygląda jak pas startowy. W ruchu miejskim oznacza to jedno: całkowite zaufanie do systemów kamer i czujników. Clarkson stwierdził, że:

Komunikaty asystentów zachowywały się jak natrętne powiadomienia w telefonie, których nikt nie prosił, ale jednak ratują człowieka w najgorszych momentach

A potem przychodzi rachunek. Ferrari nigdy nie było tanie, ale tutaj każdy element personalizacji to realna ulga dla konta producenta i potencjalna zapaść dla właściciela.

Stylistyka, która nie chce się wszystkim podobać

Clarkson określił wygląd 12Cilindri jako „trochę dziwny”, choć zaznaczył, że w jego stwierdzeniu nie ma wydźwięku negatywnego. Model zachował genetyczne DNA marki: długą maskę, muskularne biodra, charakterystyczne proporcje i agresywną, aerodynamiczną sylwetkę. W tym wszystkim Ferrari zadbało o subtelny pokaz siły – auto nie stara się być piękne dla wszystkich, tylko wyjątkowe dla garstki.

Wygoda kontra brutalna moc

Ferrari sprawiło, że 12Cilindri – mimo ekstremalnego charakteru – jest zaskakująco normalne w codziennej jeździe. W trybie Comfort zachowuje się jak dopracowany grand tourer: uspokaja zawieszenie, wygładza reakcje, pozwala jechać bez obaw o każdy kamień na drodze. Elektronika daje też szeroki zakres kontroli, od pełnego wsparcia po częściowe odejście od asekuracji, jeśli kierowca zechce poczuć nieco chaosu.

Auto, które polaryzuje jak mało które

12Cilindri podzieli odbiorców tak samo jak decyzje Ferrari o zachowawczym podejściu do napędu. Miłośnicy silników spalinowych zobaczą w nim ikonę, ostatni krzyk wolnossącej motoryzacji. Pragmatycy uznają je za przesadę pod względem wymiarów i kosztów. Ekologiczni idealiści – za prowokację. Z kolei kolekcjonerzy już wiedzą, że to samochód, który będzie nabierał wartości, właśnie dlatego, że nie poszedł z nurtem. Jedno pozostaje pewne: Ferrari pokazało, że wciąż potrafi stworzyć wóz, który łączy nowoczesność z czystą, nieprzetworzoną frajdą. W świecie napędów elektrycznych i hybrydowych to odwaga, której dzisiaj coraz częściej brakuje.

O autorze

Zdjęcie autora artykułu

Patrycja Miętus

Z wykształcenia humanistka, z zamiłowania petrolhead. W swoich tekstach próbuje połączyć twarde dane z nutą ironii i kobiecą perspektywą.