⏱️ 3 min.

Corvette na prąd? Nie tak prędko… Szef inżynierów uciął plotki

Zdjęcie autora artykułu

Mateusz Struk

22-07-2025 12:07

W czasach, gdy przytłaczająca liczba debiutujących pojazdów ma kabel do ładowania w zestawie, a producenci prześcigają się w deklaracjach „zero emisji”, są jeszcze marki, które potrafią tupnąć nogą. Przykładem jest choćby Corvette. 

I choć przyszłość całej branży rysuje się w tonach zieleni i ciszy silników elektrycznych, ikona amerykańskiej motoryzacji nie zamierza się tak łatwo poddać. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Tony Roma, główny inżynier odpowiedzialny za Corvette i auta sportowe General Motors, wylał kubeł zimnej wody na głowy entuzjastów pełnej elektryfikacji. W rozmowie z Autocar przyznał bez ogródek:

Elektryczna Corvette? To wciąż science fiction. Nasze samochody staną się elektryczne wtedy, gdy elektryczne będą lepsze od tego, co mamy teraz. Do tego czasu – róbmy swoje.

V8 ma się dobrze – i jeszcze długo tak zostanie

To nie tylko manifest konserwatywnego podejścia, ale też przytomna diagnoza. Corvette ma nie tylko przyspieszać – ma brzmieć, drżeć i ekscytować. Ma być doświadczana, nie tylko prowadzona. I choć Roma testował wiele świetnych aut elektrycznych, czegoś im zawsze brakowało:

Iskry. Emocji. Komputer robi zbyt wiele za kierowcę. A ja w sobotni poranek chcę po prostu odpalić silnik i usłyszeć ten dźwięk.

Żadnych półśrodków typu plug-in

Odrzucony został również pomysł hybrydy typu plug-in. Zdaniem Romy, to ślepa uliczka: zbędna masa, większe koszty, komplikacje. Ferrari, McLaren i Lamborghini mogą sobie na to pozwolić – Corvette idzie własną ścieżką. E-Ray, czyli obecna hybryda w ofercie Chevroleta, to technologia dla kierowcy, nie dla inżyniera.

Odpalasz i jedziesz. Ładuje się sama. Chcesz szybciej? Jest przycisk. Po prostu działa.

Nie dla „Corvette” w przebraniu

Dla Romy ważne jest też, by samochód z charakterystycznym logo z dwoma flagami na masce nie był tylko z nazwy Corvette: W myśl zasady, że nikt nie chce plakietki Corvette na samochodzie, który nie zasługuje na to miano. Nawet jeśli przyszłość to EV, technologia musi wpierw dojrzeć. I przekonać nie arkuszem danych, ale czymś więcej. Charyzmą i DNA.

W kwietniu 2025 GM pokazał w swoim centrum projektowym w Wielkiej Brytanii elektryczną wizję Corvette – futurystyczną rzeźbę, bardziej hołd niż zapowiedź. Roma potwierdza dziś: to nie zapowiedź produkcji.

Co dalej po C8?

C9 – bo tak najpewniej będzie się nazywał następca obecnej generacji – zadebiutuje najwcześniej w 2029 roku. I wiele wskazuje na to, że wciąż będzie to auto z V8 pod maską, wspomagane raczej miękką hybrydą niż baterią z gniazdka. To dobra wiadomość dla purystów.

Zresztą, obecna generacja nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Roma zasugerował, że 1250-konna ZR1X – o której już jest głośno – to „tylko kolejny rozdział”, nie zakończenie sagi C8. Ekipa inżynierów wciąż podkręca możliwości platformy – i nie zamierza przestać, póki się da.

Elektryczność? Tak, ale na naszych warunkach

W świecie pełnym pośpiechu i zielonych deklaracji, głos Tony’ego Romy brzmi jak uspokajający pomruk V8-ki na niskich obrotach. Corvette nie stanie się elektryczne dlatego, że musi. Zrobi to dopiero, gdy będzie warto. I kiedy elektryczność będzie w stanie zastąpić benzynową magię – nie tylko liczbami, ale emocjami.

Tagi: Corvette

O autorze

Zdjęcie autora artykułu

Mateusz Struk

Publikował m.in. na łamach RadioZET.pl i Antyradio.pl. Dziś z satysfakcją rozwija zespół oparty nie na zasadzie „miernych, ale wiernych”, lecz w duchu prawdziwej merytokracji. Przynajmniej próbuje...