Dacia zapowiada koniec aut na LPG w Europie do 2030 roku i to w momencie, gdy w Polsce ten napęd ma się zaskakująco dobrze. Paradoks? Raczej zimny prysznic z Brukseli i kalkulator kosztów po stronie producenta.
Dla kierowców to nie jest tylko news o jednej marce. To test, czy „tanie jeżdżenie” da się utrzymać, gdy regulacje dokręcają śrubę, a cała branża przestawia się na hybrydy i prąd. I tak, pytanie o dostępność aut budżetowych w kolejnych latach wraca jak bumerang.
Włochy kochają LPG, Dacia mówi dość
Włoski rynek pokazuje, że LPG nie umarło ani z braku chętnych, ani z braku infrastruktury. W samym 2025 roku na Starym Kontynencie sprzedano 230 000 Dacii na prąd. Dzięki temu ma ona aż 67-procentowy udział takich aut w europejskim rynku.
I właśnie dlatego decyzja brzmi tak ostro: Dacia chce zakończyć produkcję aut na gaz płynny w Europie do 2030 roku. LPG ma dziś realny popyt, ale dostaje wypowiedzenie z terminem. Taki to romantyzm w motoryzacji.
Dlaczego 2030, a nie „jeszcze chwilę”
Klucz jest w kosztach i strategii całego koncernu. Decyzja ma pochodzić z poziomu Grupy Renault i nie wygląda na kaprys ani „rewolucję dla rewolucji”. Utrzymanie wersji ECO-G w modelach, które robią wolumen (Sandero, Duster, Bigster), oznacza dalsze inwestycje produkcyjne oraz rozwój, a to coraz słabiej spina się z europejskimi limitami CO2. Frank Marotte, dyrektor sprzedaży Dacii, stawia sprawę wprost:
Wymogi regulacyjne i rosnące koszty rozwoju sprawiają, że utrzymanie oferty LPG po 2030 roku przestaje być opłacalne.
To nie jest uderzenie w samą ideę taniego paliwa, tylko rachunek: ile kosztuje utrzymanie osobnego wariantu napędowego w epoce, w której każdy gram CO2 waży jak cegła.
Fit for 55 i 2035: przepisy, które nie pytają o sentymenty
Tło jest mocno europejskie. Pakiet „Fit for 55” zakłada redukcję emisji CO2 o 55% do 2030 roku, a kierunek na 2035 to dojście do „zera” w perspektywie nowych aut. W takim układzie producenci przesuwają budżety i moce przerobowe tam, gdzie widać zgodność z celem: elektryfikacja, hybrydy i napędy bateryjne. LPG jeszcze niedawno było wygodnym mostem między klasyczną benzyną a światem „na prąd”.
Teraz jest coraz częściej postrzegane jako technologia, która nie dowozi już tego, czego oczekują regulator i rynek (zwłaszcza w konkurencyjności długofalowej). To nie musi oznaczać, że LPG jest nagle „złe” – po prostu przestaje pasować do układanki, w której rozgrywa się przyszłość.
ECO-G, mild hybrid i te 10-20 g/km
Wersje ECO-G miały swój udział w obniżaniu średnich emisji w gamie. W konkretnych przypadkach spadek miał wynosić 10–20 g/km, również dzięki łączeniu z układami mild hybrid. Na papierze wygląda to sensownie: niższe emisje flotowe, niższe koszty jazdy, prosta obsługa dla kierowcy. Tyle że „na papierze” nie wygrywa dziś z kierunkiem, jaki narzucają cele na 2030 i 2035 rok. Mosty bywają potrzebne, ale jeśli wszyscy budują autostradę gdzie indziej, to utrzymywanie osobnej przeprawy zaczyna kosztować nieproporcjonalnie dużo.
Co to oznacza dla kierowców w praktyce?
Dla rynków takich jak włoski (i ogólnie dla kierowców przyzwyczajonych do LPG) decyzja rodzi serię bardzo konkretnych pytań. Nie o ideologię, tylko o codzienne życie i budżet.
- Dostępność nowych aut na LPG będzie maleć, jeśli inni producenci pójdą tą samą drogą.
- Alternatywy „tanie w eksploatacji” mają się przenieść na hybrydy i elektryki, ale warunek jest prosty: ceny muszą być do udźwignięcia.
- Infrastruktura zmienia temat rozmowy: LPG ma sieć sprawdzoną, a przy ładowaniu kluczowe będzie tempo rozwoju i jakość usług.
Włosi mają dziś LPG „pod ręką”, więc zniknięcie oferty od budżetowego lidera nie przejdzie bez echa. Odpowiedź rynku zależy od tego, czy da się dowieźć dostępne cenowo hybrydy i auta bateryjne, oraz czy zachęty i sieć ładowania nadążą za obietnicami.
Sygnał dla całej branży: elektryfikacja przyspiesza
Wycofywanie LPG przez Dacię to nie tylko roszada w cenniku. To sygnał, że tempo elektryfikacji rośnie i że nawet rozwiązania „przejściowe”, kiedyś bardzo pragmatyczne, przestają się bronić w długiej perspektywie. Zmiana dotyka nie tylko salonów, ale też łańcuchów dostaw, planów inwestycyjnych, badań i rozwoju oraz tego, jak producent miesza napędy w swojej ofercie.
W nowej epoce wygrywa nie ten, kto ma najwięcej wersji, tylko ten, kto najszybciej dopasuje się do regulacji i technologii, bez gubienia sensu dla klienta. A dla kierowcy sens jest prosty: ma być tanio, przewidywalnie i bez nerwów przy tankowaniu albo ładowaniu. Jeśli to się nie uda, rynek przypomni o sobie głośniej niż jakakolwiek dyrektywa.






