⏱️ 4 min.

Ferrari 12Cilindri już droższe niż zdrowy rozsądek. 700 tys. dolarów za auto „prawie niejeżdżone”

Zdjęcie autora artykułu

Paweł Trafny

13-01-2026 14:01
Ferrari 12Cilindri

Ferrari 12Cilindri miało być nowoczesnym grand tourerem z klasycznym V12 z przodu, a wyszło jak zwykle: rynek kolekcjonerski dopisał własny scenariusz. Egzemplarz w kolorze Rosso Mugello, z przebiegiem poniżej 450 km, zmienił właściciela za ponad 700 000 dolarów, czyli około 2 522 590 zł. To o 240 000 dolarów (około 864 888 zł) więcej niż oficjalna cena wyjściowa, więc spekulacja nawet nie udaje, że jest subtelna.

Rekordowa wycena: liczby mówią głośniej niż wydech

Wycena tego konkretnego egzemplarza robi wrażenie nawet w świecie superaut, w którym „absurd” bywa po prostu punktem wyjścia. Ponad 700 000 dolarów za samochód z przebiegiem poniżej 450 km oznacza przeskok o 240 000 dolarów względem ceny katalogowej, a to już poziom, na którym kupuje się nie auto, tylko narrację (i nadzieję na dalszy wzrost). To też modelowy przykład zjawiska: samochód, który miał służyć do jeżdżenia, staje się obiektem kolekcjonerskim. I jasne, tak bywało zawsze, tylko dziś dzieje się to szybciej, głośniej i z większą pewnością siebie.

Konfiguracja „pod gablotę”: detale, które karmią rynek

Egzemplarz w Rosso Mugello został opisany jak spełnienie snu kolekcjonera: ma satynowe, kute felgi 21-calowe, żółte zaciski hamulcowe sparowane z tarczami węglowo-ceramicznymi, a w kabinie skórę i Alcantarę. Do tego dochodzi pełna, zintegrowana powłoka ochronna, czyli sygnał, że właściciel traktował ten samochód bardziej jak eksponat niż środek transportu. Te „drobiazgi” są ważne nie dlatego, że zmieniają fizykę jazdy w codziennym ruchu, tylko dlatego, że budują poczucie wyjątkowości. A wyjątkowość jest w tym segmencie walutą, którą rynek rozumie lepiej niż jakikolwiek cennik.

Silnik robi różnicę: F140 i „koniec epoki”

Największym magnesem ma być to, co pod maską: wolnossące V12 F140 o pojemności 6,5 litra, deklarowane ponad 800 KM, wkręcające się na 9000 obr./min. Jednostka współpracuje z 8-biegową skrzynią dwusprzęgłową, co daje połączenie nowoczesnej szybkości zmiany przełożeń z bardzo „analogowym” charakterem silnika. W praktyce chodzi też o coś bardziej symbolicznego: brak elektryfikacji. W świecie, który konsekwentnie skręca w stronę hybryd i aut elektrycznych, taka konfiguracja działa jak magnes na purystów. To nie dowód wyższości technicznej, tylko dowód wierności tradycji, a to bywa jeszcze droższe.

Styl i układ: Daytona w tle, grand tourer w założeniach

Od strony sylwetki 12Cilindri gra na klasycznych skojarzeniach: długi przód, cofnięta kabina i fastbackowy tył mają przywoływać legendarną Daytonę. Mimo osiągów typowych dla superauta, auto jest pomyślane jako pełnoprawne grand tourer: ma oferować sensowną przestrzeń na bagaże i zdolność do szybkiego połykania długich tras.

W tle są też technologie, które mają łączyć „duże Ferrari” z codziennością: cztery koła skrętne oraz rozbudowane systemy wsparcia kierowcy. To zestaw, który ma pomagać w prowadzeniu w różnych warunkach, nie tylko wtedy, gdy asfalt jest idealny, a kierowca w idealnym humorze.

Ceny katalogowe i nowa rzeczywistość w USA

Cennik startowy Ferrari 12Cilindri ma się różnić zależnie od wersji: coupé od 460 995 dolarów (około 1 661 288 zł), a Spider od 505 000 dolarów (około 1 819 869 zł). Równocześnie pojawia się czynnik, który dolewa benzyny do ognia: nowe taryfy importowe, które w USA podniosły koszt nawet o 50 000 dolarów dla części klientów, czyli do około 180 185 zł. W takim otoczeniu kwota 700 000 dolarów za „prawie niejeżdżony” egzemplarz staje się sygnałem, że rynek szczególnie mocno premiuje auta postrzegane jako „czyste” i „tradycyjne”. To jednak wciąż sygnał, nie gwarancja, że ten trend będzie trwał wiecznie.

Inwestycja czy bańka: eksperci są podzieleni

Obóz „to ma sens” wskazuje na argumenty, które brzmią logicznie w świecie kolekcjonerów: limitowana podaż, V12 z przodu, brak elektryfikacji i potencjalna wartość historyczna modelu jako symbolu kończącej się ery. W tym ujęciu 12Cilindri może się „odwdzięczyć” wzrostem wartości w dłuższym czasie. Druga strona ostrzega przed bańką spekulacyjną: ceny mogą być nadmuchiwane krótkoterminowym entuzjazmem, modą na „ostatnie takie” konstrukcje i rynkową gorączką, która nie zawsze ma solidne fundamenty. To podejście nie neguje atrakcyjności auta, tylko kwestionuje pewność zysku.

Koszty posiadania: rachunek, który lubi psuć narrację

W całej dyskusji łatwo pominąć fakt, że utrzymanie samochodu tej klasy potrafi zjeść „rentowność” inwestycji: serwis jest wysoce wyspecjalizowany, ubezpieczenia są z najwyższej półki, mogą dojść wymagania regulacyjne, a przechowywanie (zwłaszcza w warunkach kolekcjonerskich) kosztuje realne pieniądze. Do tego dochodzi globalna presja na elektryfikację i zmiany przepisów w różnych regionach, które w przyszłości mogą ograniczać popyt na auta niehybrydowe. To nie znaczy, że popyt zniknie, ale może się przesuwać i kurczyć w mniej przewidywalny sposób.

O autorze

Zdjęcie autora artykułu

Paweł Trafny

Na co dzień dziennikarz, po godzinach mechanik-amator. Lubię brudzić ręce i pisać czystą prawdę o autach.

© 2026 MotoGuru.pl