⏱️ 3 min.

Dubaj przestał błyszczeć. Luksusowe marki tracą ważny rynek w najgorszym możliwym momencie

Zdjęcie autora artykułu

Patrycja Miętus

30-03-2026 20:03
Rolls-Royce Phantom Arabesque: maska grawerowana laserem i wzór Mashrabiya

Rynek luksusowych aut na Bliskim Wschodzie wyraźnie zwolnił, a jeden z dealerów w Dubaju mówi o spadku biznesu o około 30% To cios dla marek, które właśnie tam sprzedawały najdroższe i najbardziej dochodowe konfiguracje, często tworzone na indywidualne zamówienie. Problem pojawia się w chwili, gdy producenci zmagają się już ze słabszym popytem w Chinach, Europie i USA.

Dla marek premium i ultraluksusowych Zatoka Perska nie była zwykłym rynkiem zbytu. To był obszar, na którym liczyła się nie skala sprzedaży, lecz marża, a pojedyncze zamówienia potrafiły rosnąć do poziomu wielokrotnie wyższego od ceny bazowej.

Salony wróciły do pracy, ale ruch nie wrócił

Po wybuchu walk część salonów na krótko zamknęła drzwi. Po wznowieniu działalności ruch klientów nie odbił jednak do wcześniejszego poziomu, a dubajski dealer mówi o spadku biznesu o około 30% To nie znaczy, że najbogatsi klienci zniknęli całkowicie. Wciąż pojawiają się osoby gotowe wydawać ogromne pieniądze, a część z nich płaci nawet dziesiątki tysięcy za przetransportowanie wielomilionowych hipersamochodów drogą lotniczą poza region.

Najbardziej boli nie wolumen, lecz utrata najdroższych zamówień

Największy problem dotyczy aut szytych pod klienta. To właśnie na takich projektach producenci zarabiają najwięcej, bo limitowane wersje, wyjątkowe materiały i kosztowne personalizacje windują ceny znacznie mocniej niż zwykła sprzedaż katalogowa. Na Bliskim Wschodzie takie zamówienia były przez lata naturalnym elementem rynku. Gdy ten strumień słabnie, producentom odpada nie tylko sprzedaż, ale też najbardziej tłusta część biznesu, a tego nie da się łatwo zasypać samą liczbą aut.

Timing jest dla producentów wyjątkowo zły

Sytuacja trafia w branżę w bardzo niewygodnym momencie. Popyt na drogie auta w Chinach osłabł, Europa nie daje dziś mocnego impulsu wzrostowego, a rynek amerykański pozostaje zamglony przez niepewność związaną z cłami. Bliski Wschód miał być dla wielu marek bezpiecznym punktem podparcia. Zamiast tego staje się kolejnym źródłem presji, a jak przyznał szef Lamborghini Stephan Winkelmann, nie widać nowego rynku, który mógłby szybko przejąć ten ciężar.

Nawet najgłośniejsze premiery mogą nie wystarczyć

Jeszcze niedawno Rolls-Royce pokazał Phantoma Arabesque, przygotowanego przez dubajskie centrum marki. Samochód wyróżnia się wzorem Mashrabiya, wygrawerowanym laserowo na masce, więc trudno mówić o braku rozmachu. Tyle że nawet tak efektowna premiera mogła trafić na wyjątkowo zły moment. Gdy nastroje w regionie są podporządkowane konfliktowi, kolejne zamówienia na podobne auta nie muszą spływać tak szerokim strumieniem, jak producenci mogli zakładać.

Ferrari i Maserati już reagują

Ferrari i Maserati wstrzymały dostawy do regionu, choć ruch ma charakter przynajmniej czasowy. Sam fakt takiej decyzji pokazuje jednak skalę napięcia, bo przy tym poziomie cen i marż producenci zwykle nie rezygnują z rynku bez ważnego powodu. Szef Bentleya Frank-Steffen Walliser ujął obecne nastroje bardzo prosto:

Ludzie mają teraz na głowie inne rzeczy niż oglądanie nowego Bentleya.

To zdanie dobrze oddaje problem całego segmentu. Na Bliskim Wschodzie wciąż są pieniądze, ale dziś sam kapitał nie gwarantuje jeszcze ochoty do kupowania kolejnej motoryzacyjnej zabawki za fortunę.

O autorze

Zdjęcie autora artykułu

Patrycja Miętus

Redaktor działu Motorsport
Z wykształcenia humanistka, z zamiłowania petrolhead. W swoich tekstach próbuje połączyć twarde dane z nutą ironii i kobiecą perspektywą.

© 2026 MotoGuru.pl