Miała być żyła złota. Honda i Hyundai sprzedają dane zbierane przez auta za grosze

Nowe samochody zbierają ogromne ilości danych o kierowcach, ale ich sprzedaż nie stała się dla koncernów takim biznesem, jakiego oczekiwano. Z badania opisywanego przez Automotive News wynika, że Honda zarobiła na sprzedaży danych właścicieli aut zaledwie ok. 0,98 zł na samochód, a w przypadku Hyundaia było to ok. 2,30 zł.
Samochód wie coraz więcej, ale rynek danych nie eksplodował
Współczesne auta stały się komputerami na kołach, a przy okazji bardzo skutecznymi zbieraczami informacji. Dane z pojazdów trafiają do producentów i w części przypadków są potem przekazywane dalej podmiotom zewnętrznym.
To właśnie ten model miał stworzyć nową, wielką gałąź przychodów dla branży motoryzacyjnej. Rzeczywistość jest jednak mniej efektowna. Zaawansowany samochód może kosztować fortunę, ale dane jednego właściciela są warte mniej niż kawa z automatu.
Honda i Hyundai pokazują skalę rozczarowania
Najbardziej wymowny jest przykład Hondy. W USA, w latach 2020–2024, marka zarobiła na sprzedaży danych właścicieli aut ok. 0,98 zł na samochód. Hyundai wypadł lepiej, ale trudno mówić o finansowym przełomie.
W latach 2018–2024 koreański producent zarobił ok. 2,30 zł na samochód. To pokazuje, że obietnica miliardowego rynku danych wyglądała znacznie okazalej w prezentacjach niż w realnych rozliczeniach.
Prywatność zaczęła przeszkadzać w monetyzacji
Problemem dla producentów okazały się nie tylko niskie przychody. Sprzedaż danych właścicieli aut stała się tematem wrażliwym, bo kierowcy coraz częściej pytają, co dokładnie zbiera samochód i komu te informacje trafiają do rąk.
Do tego dochodzą ostrzejsze regulacje dotyczące prywatności. Dla koncernów oznacza to więcej ryzyka, większe koszty obsługi prawnej i reputacyjne miny ukryte pod pozornie prostym pomysłem: zebrać dane, sprzedać dane, wystawić fakturę.
Dane bardziej przydają się producentom niż kupcom
Firmy, które odpowiedziały w badaniu, twierdzą, że informacje z samochodów mają większą wartość wewnętrzną. Producenci mogą wykorzystywać je do poprawiania aut, analizowania sposobu eksploatacji i rozwijania usług cyfrowych.
To istotna zmiana akcentu. Zamiast prostego handlu danymi coraz ważniejsze staje się pytanie, jak dużo informacji samochód musi zbierać, aby producent rzeczywiście mógł poprawić produkt. Granica między użyteczną diagnostyką a cyfrową inwigilacją bywa cienka.
Dla kierowców to ostrzeżenie, nie ciekawostka
Niskie przychody producentów nie oznaczają, że temat można zlekceważyć. Dane z auta mogą dotyczyć stylu jazdy, lokalizacji, zachowań użytkownika i sposobu korzystania z pojazdu.
Nawet jeśli pojedynczy pakiet informacji nie jest wart wiele, jego wrażliwość pozostaje wysoka. Największy paradoks polega na tym, że właściciel często płaci za samochód coraz więcej, a jednocześnie staje się źródłem danych dla producenta.
Branża motoryzacyjna nie znalazła jeszcze złotej żyły, ale kierowcy już dziś mają powód, by uważniej czytać zgody w aplikacjach i systemach pokładowych.
O autorze
Andrzej Kopeć
Najnowsze

Alonso nie gryzł się w język. „Hybrydy nie powinny się ścigać”

McLaren wraca do Le Mans z rozmachem. MCL-HY na superjachcie

Hamilton prowadzi Ferrari w Monako. McLaren Norrisa stanął, a Perez zakończył trening czerwoną flagą

Mistrz świata stanął po 13 min. Norris odpadł z FP2 w Monako




