⏱️ 6 min.

Nissan GT-R wróci, ale w jakiej formie? Nie ma jasnego planu

Zdjęcie autora artykułu

Adam Główka

14-11-2025 10:11
Nissan GT-R

Nissan jasno zapowiedział, że GT-R jeszcze wróci, ale na razie samo nie wie, w jakiej postaci. Marka dopiero układa swoją przyszłość – między brutalną benzyną, mocnym układem hybrydowym a czystą elektryką. Kultowe trzy literki stoją dziś bardziej pod znakiem zapytania niż na gotowym projekcie deski kreślarskiej.

Wewnętrznie w Nissanie wszyscy wiedzą jedno: GT-R to zbyt ważne logo, aby po prostu zniknęło. Problem w tym, że świat przez ostatnie lata odjechał mocno w stronę elektryfikacji, a firma równolegle próbuje postawić cały biznes na nogi. Efekt? Następca R35 istnieje bardziej jako kierunek myślenia niż gotowy samochód, który za chwilę wjedzie na taśmę. Guillaume Cartier, szef działu performance Nissana, przyznał w rozmowie z Autocar, że na dziś marka nie ma jasnej ścieżki dla nowego supersamochodu. Firma dopiero przeciera różne drogi i sprawdza, co da się pogodzić z realiami rynku oraz własnym budżetem.

Nissan szuka drogi: wiele ścieżek, zero gotowego planu

Cartier podkreślił, że wewnątrz firmy trwa konkretny etap analiz. Jak zauważył Guillaume Cartier, inżynierowie i menedżerowie sprawdzili kilka możliwych scenariuszy: klasyczne spalinowe V6, nowoczesną hybrydę oraz mocny elektryczny układ z kilkoma silnikami. Dopiero po tym etapie Nissan miał zacząć zbliżać się do decyzji, ale na razie wciąż nie przedstawił żadnego wiążącego komunikatu. To oficjalne „nie mamy jeszcze wyraźnej decyzji” bardzo dobrze pokazuje, w jakim momencie znajduje się cała marka. Nissan obecnie przebudowuje gamę modeli, porządkuje finanse i szuka sposobu, jak wrócić do gry w najbardziej dochodowych segmentach. W takich warunkach rzucenie na stół zupełnie nowego, niskoseryjnego supersamochodu nie jest najprostszą decyzją, nawet jeśli mówimy o tak głośnym symbolu jak GT-R.

Hyper Force – elektryczny cień przyszłego GT-R

Kilka miesięcy temu Nissan pokazał światu koncept Hyper Force – wizję elektrycznego samochodu z czterema silnikami i mocą 1360 KM. Oficjalnie nikt nie nazwał go wprost R36, ale inspiracji GT-R-em nie trzeba było szukać ze szkłem powiększającym. Futurystyczne nadwozie, agresywna aerodynamika i cyfrowe gadżety jasno sugerowały, że to przymiarka do tego, jak mógłby wyglądać elektryczny następca GT-R. Jednocześnie Nissan bardzo wyraźnie zaznaczył, że Hyper Force to jeszcze nie „ten” samochód, a raczej kierunek. Nie padły żadne deklaracje o produkcji, seryjnych parametrach czy terminach. To raczej wizytówka: zobaczcie, co potrafimy technologicznie, jeśli zdecydujemy się pójść w pełną elektryfikację.

R35 odjechał, R36 wisi w powietrzu

Produkcja GT-R-a R35 zakończyła się, a fani od razu zaczęli odliczać czas do R36. Problem w tym, że na razie nie mają czego odliczać. Nissan formalnie nie ogłosił ani daty premiery, ani formy napędu, ani nawet tego, czy projekt ma już zatwierdzony finalny kształt. Szefostwo marki przyznawało wcześniej, że chce, by nazwa GT-R wróciła w przyszłości. Jak podkreślił Ivan Espinosa, prezes i dyrektor generalny Nissana, firma zadeklarowała chęć przywrócenia emblematów GT-R na nowe nadwozie, ale przyznała jednocześnie, że nie ma jeszcze ostatecznego planu.

Jak zaznaczył Ivan, Nissan nie miał w tamtym momencie „dokładnie sfinalizowanego planu” dla nowego GT-R-a i zapowiedział, że model „będzie ewoluował i wyłoni się w przyszłości”. Innymi słowy: marka chce, ale jeszcze nie wie dokładnie jak i kiedy. Nie był to zresztą pierwszy raz, gdy ktoś z wewnątrz firmy odniósł się do tematu następcy R35. Jak stwierdził Ponz Pandikuthira, główny planista produktowy Nissana w USA, powrót GT-R-a jest pewny i nie ma co do tego wątpliwości.

Budżet, priorytety i twarda rzeczywistość

W tle tych deklaracji stoi proza życia: nowy, niskoseryjny supersamochód to ogromne koszty, a dziś Nissan pilnie potrzebuje modeli, które sprzedadzą dziesiątki tysięcy sztuk rocznie, a nie kilku- czy kilkunastotysięczne serie. Espinosa został powołany na stanowisko szefa firmy z jasno postawionym zadaniem – poprawić kondycję Nissana, uporządkować ofertę i zwiększyć rentowność. W takim kontekście GT-R jest jednocześnie atutem wizerunkowym i potencjalnym bólem głowy w excelu. Auto, które świetnie wygląda w reklamach i na okładkach, niekoniecznie świetnie wygląda w rubryce „zysk brutto”. Nie dziwi więc ostrożne podejście – projekt następcy R35 ma być rozwijany, ale bez presji, że musi być gotowy „na już”, niezależnie od sytuacji finansowej.

Najbardziej prawdopodobny scenariusz: hybrydowy GT-R

Z tego, co Nissan sugerował między wierszami, najbardziej realną opcją wydaje się dziś hybrydowy supersamochód. Połączenie mocnego silnika spalinowego z potężnym wsparciem elektrycznym pasuje zarówno do wizerunku GT-R-a, jak i do aktualnych regulacji emisji. Rynek już pokazał, jak to może wyglądać w praktyce. Ferrari 296 GTB korzysta z układu hybrydowego, a Lamborghini Temerario dorzuciło do gry hybrydę o mocy 920 KM. To nie są „eko-dodatki”, tylko pełnoprawne systemy, które podnoszą osiągi, a przy okazji pozwalają producentom pokazać w tabelkach trochę ładniejsze liczby emisji CO2.

Na tym tle GT-R jako hybryda brzmi wręcz naturalnie. Obecny R35 w wersji Nismo oferował moc 600 KM z podwójnie doładowanego V6 i 652 Nm momentu obrotowego. Jeśli Nissan zdecyduje się na hybrydę, można spokojnie zakładać, że nowy model przebije te wartości – inaczej cała operacja nie miałaby większego sensu ani w ujęciu marketingowym, ani tym bardziej w oczach fanów.

Elektryk, benzyna czy „złoty środek”?

Pełny elektryk w stylu Hyper Force byłby kuszącym pokazem możliwości – cztery silniki, natychmiastowa reakcja na gaz, szaleńcze przyspieszenie i tryby jazdy, których nie da się zaoferować w klasycznym napędzie. Problemem pozostaje masa akumulatorów, charakter dźwięku (czy raczej jego brak) i fakt, że spora część fanów GT-R-a kojarzy ten model z mechaniczną, brutalną stroną motoryzacji. Z drugiej strony, pozostanie przy czysto spalinowej jednostce w aktualnych realiach emisji i norm mogłoby oznaczać tak duże kompromisy, że nowy GT-R wyszedłby z tego bardziej okrojony niż rozwinięty. Hybryda wydaje się więc rozsądnym kompromisem – nadal jest silnik spalinowy, nadal jest dźwięk i charakter, ale elektryka pomaga tam, gdzie trzeba: w przyspieszeniu, trakcji i spełnianiu przepisów.

GT-R na tle reszty gamy Nissana

Warto pamiętać, że GT-R nie powstaje w próżni. Równolegle Nissan odświeża bardziej przyziemne modele, które muszą zarabiać na chleb – od dużego SUV-a po kompaktowego sedana. W ostatnich miesiącach marka pokazała odświeżonego Pathfinderajako ostrzejszego, sprytniej wyposażonego, trzyrzędowego SUV-a oraz nową Sentrę, która wciąż ma pozostać szokująco tanią propozycją w swojej klasie. Gdzieś pomiędzy sportową Z-ką a przyszłym GT-R-em Nissan zapowiedział także nowego Skyline’a – model, który ma wpasować się w przestrzeń pomiędzy tymi dwiema ikonami. To wszystko pokazuje, że firma intensywnie układa swoją hierarchię modeli i szuka miejsca, w którym GT-R miałby znowu pełnić rolę halo-cara, a nie kosztownej fanaberii.

Co dalej? Czekanie z nadzieją i lekką niecierpliwością

Na dziś sytuacja wygląda więc tak: Nissan oficjalnie przyznał, że GT-R wróci. Jednocześnie przyznał, że nie ma jeszcze „klarownego planu”, w jakiej formie ma to nastąpić. W kuluarach widać wyraźną sympatię do hybrydowego rozwiązania – zwłaszcza że konkurenci już poszli tą drogą – ale decyzja nie została jeszcze przybita pieczątką. Fani GT-Ra mogą się więc cieszyć, że ich ulubiony model nie został odłożony do muzeum, ale trudno oczekiwać szybkiej premiery.

Nissan ma dziś inne priorytety niż tylko spektakularny samochód dla garstki entuzjastów. Z drugiej strony, historia pokazuje, że gdy marka już decydowała się na GT-R-a, robiła to bez półśrodków. Pozostaje uzbroić się w cierpliwość i liczyć na to, że kiedy GT-R rzeczywiście wróci – w formie hybrydy, elektryka lub jeszcze bardziej dopracowanego spalinowego potwora – będzie to auto, które znów zamiesza w głowach tak samo mocno, jak pierwsze R35, gdy wjechało na rynek i pokazało konkurencji, że można oferować superosiągi bez astronomicznej ceny i nadęcia.

O autorze

Zdjęcie autora artykułu

Adam Główka

Jeżdżę, piszę, testuję. Wierzę, że każdy samochód ma swoją historię – trzeba tylko umieć ją opowiedzieć.