⏱️ 3 min.

Elektryczny pickup niczym mebel z IKEI w teście Leno

Zdjęcie autora artykułu

Krzysztof Drobnicki

05-02-2026 16:02
Elektryczny pickup jak mebel z IKEA. Slate stawia na śruby, nie na bajery

Rynek aut elektrycznych puchnie od wielkich obietnic i jeszcze większych ekranów, a tu wjeżdża Slate Truck cały na czerwono-biało i pokazuje, że wszystko da się uprościć. Ma być tani, łatwy do rozkręcania i składania, a serwis ma nie trzymać właściciela na smyczy. Brzmi jak herezja w czasach, gdy nowe auto potrafi kosztować tyle, co mieszkanie w mniejszym mieście. I właśnie na to Slate gra: na zmęczenie przesadą.

Slate pokazał swój samochód w garażu Jay’a Leno, żeby udowodnić, że „budżetowo” nie musi oznaczać „byle jak” (przynajmniej w założeniach). Towarzyszyli mu szefowa stylistyki Tisha Johnson oraz Jeremy Snyder, dyrektor ds. komercyjnych.

„Po prostu ma działać” – i nie rujnować portfela

Slate deklaruje, że buduje auto przystępne cenowo, bo przy średniej cenie nowego samochodu w USA na poziomie prawie 50 000 dolarów (ok. 178 775 zł) coraz trudniej mówić o „normalnym” zakupie. To ważny kontekst, bo Slate nie próbuje wygrać liczbą gadżetów, tylko próbą zejścia do poziomu, który znów wygląda jak cena auta, a nie nieruchomości. Jeremy Snyder powiedział:

Celujemy w wersji bazowej w okolice 25 tys. dolarów, choć ostateczna cena wciąż nie jest domknięta.

To istotne, bo wcześniej przy zapowiedzi pojawiła się obietnica ceny startowej poniżej 20 000 dolarów (ok. 71 510 zł), spięta głównie federalną ulgą podatkową na auta elektryczne w wysokości 7500 dolarów (ok. 26 816 zł). Ulga została skasowana, więc i cena poszła w górę. Na razie uczciwie: konkretnej kwoty na metce nadal brak.

Śruby na wierzchu i panele do wymiany. Personalizacja bez teatru

Jednym z wyróżników Slate jest to, że wiele elementów nadwozia ma odsłonięte mocowania. Sens jest prosty: łatwiej coś odkręcić, zdjąć, podmienić, a potem wrócić na drogę bez pół dnia walki z plastikami i zatrzaskami, które lubią pękać w dłoniach. W praktyce Slate chce, żeby właściciel mógł potraktować samochód jak bazę pod własny pomysł, a nie jak „świętość”, do której trzeba podchodzić w rękawiczkach. To też sposób na cięcie kosztów, bo prostsze rozwiązania zwykle mniej kosztują w produkcji i obsłudze.

Z pickupa w SUV-a bez proszenia się o łaskę

Slate przewiduje zestawy modyfikacji, w tym pakiet pozwalający zmienić auto w SUV-a, który będzie można zamontować samodzielnie albo zlecić montaż partnerowi serwisowemu Slate. Czyli: właściciel ma być w centrum zabawy, a nie tylko odbiorcą „jedynej słusznej” wersji wyposażenia. Kluczowe jest też to, że firma nie stawia na klasyczny model „wszystko przez salon”, przynajmniej w zapowiedziach.

Serwis ma być wyborem, nie obowiązkiem

Slate mocno podbija hasło prawa do naprawy. W skrócie: naprawy mają się dać robić bez pielgrzymek do firmowych punktów, także wtedy, gdy w grę wchodzi gwarancja. Marka podała:

Właściciele nie będą musieli jeździć do centrów serwisowych Slate, niezależnie od tego, czy naprawa jest gwarancyjna, czy nie. Będzie można wybrać własnego mechanika, a jeśli ktoś chce, może też naprawić auto samodzielnie.

To brzmi jak oddech świeżego powietrza w świecie, w którym byle usterka potrafi zamienić się w zawiłą sieć logistyki i czekania. Jednocześnie dopiero życie pokaże, jak szeroko ta obietnica będzie działać w realnych przypadkach i przy realnych częściach.

Rezerwacje są, sceptycy też. A produkcja ma ruszyć „przed końcem roku”

Wokół Slate nie brakuje sceptycyzmu, a wśród głośnych krytyków pojawia się m.in. Tim Kuniskis, szef marki Ram. Z drugiej strony, chętnych nie brakuje: firma mówi o dziesiątkach tysięcy rezerwacji, co sugeruje realny głód prostszego i tańszego samochodu elektrycznego. Jeśli zapowiedzi się utrzymają, produkcja ma wystartować w przerobionej fabryce w Warsaw w stanie Indiana jeszcze przed końcem roku. I wtedy dopiero okaże się, czy „IKEA na kołach” to sprytna odpowiedź na przesyt, czy tylko chwytliwa metafora.

O autorze

Zdjęcie autora artykułu

Krzysztof Drobnicki

Zawodowo inżynier, po godzinach łowca zakrętów. Uważam, że zapach spalonego paliwa to najlepsze perfumy.

© 2026 MotoGuru.pl