Stellantis szykuje nowy plan przemysłowy i coraz wyraźniej stawia na partnerstwa, także poza rozwijaną współpracą z Leapmotorem. Antonio Filosa, szef giganta, wyklucza jednak scenariusz porzucania marek z portfela grupy, nawet jeśli od miesięcy wracają spekulacje o przyszłości Alfy Romeo czy Maserati.
Nowy plan przemysłowy grupy ma zostać pokazany 21 maja w Auburn Hills. To ważny moment dla koncernu, który musi jednocześnie odpowiedzieć na presję kosztową, wykorzystać wolne moce produkcyjne i uporządkować strategię dla bardzo szerokiego zestawu marek.
Partnerstwa zamiast samotnej walki o technologię
Antonio Filosa podczas Future of the Car Summit organizowanego przez Financial Times nadał sojuszom przemysłowym centralne znaczenie. Współpraca z zewnętrznymi partnerami ma pomagać w układaniu mapy rozwoju technologicznego, optymalizacji łańcucha dostaw i lepszym wykorzystaniu fabryk.
To kierunek, który Stellantis zna już z relacji z Leapmotorem. Ten model może zostać rozszerzony także na inne firmy, bo grupa ma globalną obecność, duże zaplecze produkcyjne i portfel marek, który dla partnerów może być atrakcyjnym kanałem wejścia na kolejne rynki.
Chiński trop nie kończy się na Leapmotorze
W ostatnich tygodniach w kontekście potencjalnych partnerów pojawiały się takie nazwy jak Dongfeng, Hongqi, Xpeng i Xiaomi. Nie oznacza to automatycznie gotowych umów, ale dobrze pokazuje, w którą stronę patrzy branża: chińskie firmy mają tempo rozwoju, a zachodnie koncerny mają sieć sprzedaży, fabryki i znajomość lokalnych rynków.
Przykładem takiego myślenia jest zapowiadana nowość Opla oraz możliwość wykorzystania zakładu w Madrycie. Dla Stellantisa partnerstwo nie musi więc oznaczać wyłącznie wspólnego logo na aucie, lecz także podział kompetencji: jedni wnoszą technologię, drudzy produkcję i skalę.
Alfa Romeo i Maserati zostają w grze
Najbardziej nerwowy wątek dotyczy marek. Stellantis od dawna słyszy zarzut, że ma ich zbyt wiele, a przy słabszej koniunkturze naturalnie wracają pytania o sprzedaż lub wygaszanie części z nich.
W tej grupie spekulacji często pojawiają się nawet Alfa Romeo i Maserati. Filosa odrzuca taki scenariusz. Wszystkie marki mają być dla grupy atutem, bo radykalne cięcie portfela oznaczałoby oddanie części klientów konkurencji.
W motoryzacji przywiązanie do znaczka bywa nieracjonalne, ale księgowość zwykle bardzo dobrze widzi, dokąd odpływają pieniądze.
Więcej dyscypliny, mniej jednakowego traktowania
Brak cięć nie oznacza, że każda marka dostanie taki sam priorytet. Z ostatnich sygnałów wynika, że największa część inwestycji może trafić do marek Jeep, Ram, Peugeot i Fiat, a pozostałe mają dostać bardziej wyspecjalizowane role w konkretnych segmentach i na wybranych rynkach.
To podejście jest bardziej realistyczne niż prosta zasada „wszyscy po równo”. Luksusowa marka, terenowa marka i popularna marka miejska nie potrzebują identycznej strategii. Potrzebują jasnego miejsca w grupie, pieniędzy wydawanych z sensem i produktów, które nie będą dublować siebie nawzajem.
Nowy plan pokaże, ile w tym strategii, a ile deklaracji
Najbliższa prezentacja w Auburn Hills ma odpowiedzieć na dwa pytania naraz: z kim Stellantis chce współpracować i jak zamierza zarządzać własnymi markami. To trudne połączenie, bo partnerstwa mogą przyspieszać rozwój, ale jednocześnie zwiększają ryzyko rozmycia tożsamości poszczególnych producentów.
Dla klientów najważniejszy będzie efekt końcowy: czy nowe modele będą lepiej dopasowane do rynku, czy pozostaną tylko kolejnym elementem korporacyjnej układanki. Stellantis nie chce ciąć marek, więc musi udowodnić, że potrafi nadać im sensowny podział ról.







