Motohistoria “Pana Kupy”, czyli Ferrari 166 MM

To nie jest zwykła opowieść o klasycznym Ferrari. To historia miłości – do maszyny, do wyścigów, ale przede wszystkim do drugiego człowieka. Gdy Dudley i Sally Mason-Styrron spotkali się po raz pierwszy, nie wiedzieli jeszcze, że wspólne życie spędzą u boku pojazdu pieszczotliwie ochrzczonego przydomkiem „Pan Kupa”… 2-litrowej, dwunastocylindrowej barchetty.
A jednak tak właśnie się stało. Ich Ferrari 166 MM – pieszczotliwie ochrzczone „Mr Poo” – towarzyszyło im przez pół wieku. I dopiero po śmierci Sally, Dudley zdecydował się przekazać auto do Museo Enzo Ferrari w Modenie. Ale nie jako eksponat. Jako nośnik wspomnień, emocji i… 40 tysięcy przejechanych kilometrów po całym świecie.
Czerwony, piękny i śmiertelnie poważny
Ferrari 166 MM z numerem podwozia #0040 narodziło się w 1950 roku jako fabryczny samochód wyścigowy. Wtedy nie było jeszcze marzeń o kolekcjonerskich autach licytowanych na aukcjach, prestiżowych pokazach ani czyszczeniu lakieru jedwabną ściereczką. Liczyło się tempo, niezawodność i – przede wszystkim – umiejętność przetrwania.
A przetrwać nie było łatwo. Już w swoim debiutanckim sezonie barchetta wzięła udział w legendarnej Mille Miglia, ale rajdu nie ukończyła – kierowca Aldo Bassi zginął w wypadku, zaledwie kilkadziesiąt kilometrów po starcie.
Kilka tygodni później Luigi Villoresi za kierownicą tego samego pojazdu dojechał na piątym miejscu w klasie w Targa Florio. Po krótkiej karierze torowej, auto zostało sprzedane do Portugalii, gdzie występowało w lokalnych wyścigach, a następnie trafiło do muzeum. Dopiero w latach 70. losy 166 MM ponownie nabrały rozpędu.
Zupełnie przypadkiem, całkiem na zawsze
W 1975 roku Dudley i Sally poznali się na spotkaniu Ferrari Owners’ Club w Goodwood. Sally – świetna kierowczyni z motorsportowym zacięciem. Dudley – zapalony miłośnik wyścigów. Razem: duet idealny. Wspólnie zakochali się w „jakimś starym Ferrari”, które zobaczyli na trasie. Chwilę później pojawiła się okazja: Ferrari 166 MM do kupienia za 300 tysięcy funtów. Kwota jak na tamte czasy astronomiczna. Ale oni nie wahali się ani chwili.
Nie dostali jednak gotowego do jazdy klasyka. Zamiast tego otrzymali „Mr Poo” – auto, którego mocną stroną nie była jazda, tylko tryskanie olejem. Tak właśnie zyskało swój przydomek. Ale dla Mason-Styrronów nie było rzeczy niemożliwych. Sami rozebrali auto do gołego kadłuba, sami przygotowali nadwozie, pozostawiając nawet fragment oryginalnej czerwieni na ramie szyby, by nie zgubić tonu. Potem – skręcanie, dopieszczanie, malowanie. I w końcu: gotowe.
166 MM powróciło do ścigania w 1989 roku, biorąc udział w Mille Miglia. „Nie byliśmy specjalnie konkurencyjni,. Mieliśmy zegary kuchenne, a trzeba było mierzyć czas do setnych sekundy.” – wspomniał Dudley. Ale to nie miało znaczenia. Bo oni się po prostu dobrze bawili.
Z czasem Mr Poo stał się jednym z bardziej rozpoznawalnych klasyków wyścigowych. To on otworzył pierwszy w historii przejazd górski w Goodwood w 1993 roku, a potem powracał tam co roku – aż do 2023. Sally ścigała się też w Ferrari Shell Historic Challenge. Wspólnie z mężem startowali w Goodwood Revival i odwiedzali wydarzenia od Japonii, po Fiorano. Tam sam Piero Ferrari poprosił, by przejechać się barchettą po torze testowym.
Na przestrzeni 50 lat Mr Poo przejechał w ich rękach ponad 40 000 kilometrów. Był w każdej szerokości geograficznej i – co najważniejsze – nigdy ich nie zawiódł.
W lutym 2023 roku Sally odeszła. A wraz z nią – ogromna część życia Dudleya, o czym wspomniał. „Byliśmy zawsze razem. Zawsze. Nawet teraz to dla mnie niepojęte” – wspomniał z trudem mąż-wdowiec. Ale ich wspólna decyzja była jasna: po śmierci obojga Mr Poo miał wrócić do Modeny, do Ferrari. Dziś można go podziwiać w Museo Enzo Ferrari. Ale z jednym wyjątkiem: Dudley nadal może go wypożyczyć i jeździć.
Bo nie oddał po prostu samochodu. Oddał wspomnienia – a te najlepiej odżywają w ruchu, w akompaniamencie dźwięku V12 i uścisku na starej kierownicy.
Podsumowanie
Ferrari 166 MM #0040 nie jest na sprzedaż. Nie ma metki z ceną. Przez 50 lat należało do ludzi, którzy traktowali go jak członka rodziny i przyjaciela,. A teraz – jest żywą częścią historii marki, która nigdy nie była tylko o samochodach. Zawsze w punkcie centralnym byli ludzie, pasja i dźwiękach.
Mr Poo został legendą. Nie tylko South Parku w formie Pana Hankey, ale i firmy z Maranello z wierzgającym koniem w logo.
O autorze
Mateusz Struk
Najnowsze

Mercedes postawi na polecenia zespołowe? Hamilton depcze po piętach

SEAT Ibiza 2027 wyceniony w Polsce. Leasing od 232 zł/msc

Maserati podkręca GranTurismo i GranCabrio. V6 Nettuno zostaje, Folgore też nie znika

Nowy elektryk Dacii zachowa znaną nazwę. Otrzyma jednak inne podstawy techniczne



