⏱️ 3 min.

Lotus Elise GT1 pojawi się w Project Motor Racing

Zdjęcie autora artykułu

Tomasz Nowak

13-11-2025 09:11
Lotus Elise GT1 wraca do gry. Dosłownie – i w lepszej formie niż kiedykolwiek

Lotus Elise GT1 to jedno z tych aut, które w realnym świecie zaliczyły głośny upadek, ale w pamięci fanów zapisały się złotymi zgłoskami. Teraz ten dziwak, porażka, legenda i ciekawostka w jednym powrócił – jako kolejna potwierdzona maszyna w Project Motor Racing. To świetna wiadomość dla fanów retro GT, bo twórcy gry konsekwentnie sięgają po najrzadsze kąski, które do tej pory żyły raczej w niszowych wspomnieniach niż na wirtualnych torach.

Na profilach społecznościowych pojawiła się ledwie jedna fotografia – w dodatku tylko wnętrza. Ale w świecie wyjadaczy wyścigowych konstrukcji to wystarczyło. Projekt Motor Racing pokazał pojedynczy kadr z kokpitu, który od razu pobudził zmysły fanów GT1. Doświadczeni gracze i zapaleńcy od motorsportu rozpoznali auto po układzie nawiewów, kształcie osłony wskaźników i rozmieszczeniu dodatkowych przycisków. Kierownica wygląda inaczej niż w egzemplarzach znanych z archiwów, ale to jedyny szczegół, który wzbudził dłuższe dyskusje.

Elise GT1 – nieudany projekt, który stał się kultem

Debiut w 1997 roku miał być dla Lotusa biletem do świata FIA GT. Auto było odpowiedzią marki na potwory pokroju Porsche 911 GT1-98, Panoza Esperante GTR-1 czy Mercedesa-Benza CLK GTR. Tyle że w przeciwieństwie do niemieckich i amerykańskich gigantów, Elise GT1 nie zapisał się w historii jako maszyna wybitna. Wręcz przeciwnie: był powolny, podatny na awarie i kosztowny w eksploatacji. Ten zestaw cech doprowadził do szybkiego końca projektu. Jak zauważył jeden z członków dawnego zespołu Lotusa:

Sam projekt był ambitny, ale rzeczywistość motorsportu pokazała, że konstrukcja nie była gotowa na intensywne obciążenia i stawienie czoła konkurencji w tej klasie.

Auto przejechało pełny sezon i… tyle. Jeden rok rywalizacji, niewiele sukcesów i ogrom rachunków. A jednak po latach Elise GT1 zyskał status kultowego. Podejrzanie nieproporcjonalne nadwozie, wizerunek niezdarnego underdoga i obecność w pierwszych odsłonach Gran Turismo sprawiły, że gracze polubili ten pojazd bardziej niż sędziowie techniczni z FIA.

Kiedy Lotus odpuścił, kibice dopiero się rozkręcili

Po zamknięciu programu fabrycznego część egzemplarzy trafiła w ręce holenderskich pasjonatów. Zmienili aerodynamikę, a zamiast fabrycznego, dostarczanego przez Chevroleta V8 zastosowali jednostkę V10 z Dodge’a Vipera – brutalną, ciężką i kompletnie niepasującą do filozofii lekkiego Lotusa. W 1998 roku wzięli udział w jednym wyścigu FIA GT, zgłaszając się pod marką Bitter, niemieckiego producenta zabudów. Jak podała ekipa:

Modyfikacje miały tchnąć nowe życie w samochód, ale efekt końcowy okazał się jeszcze słabszy niż oryginał.

To był koniec tej przygody. Ale paradoks polega na tym, że im bardziej Elise GT1 nie dawał sobie rady w realnym świecie, tym bardziej zdobywał sympatię fanów jako samochód „tak zły, że aż fascynujący”.

Project Motor Racing – szansa na rehabilitację

W grach nie istnieje zawodność, a słabości konstrukcji nie muszą przesądzać o wyniku. Twórcy Project Motor Racing najwyraźniej doskonale to rozumieją. Ich dotychczasowe wybory – Gillet Vertigo czy Morgan Aero8 GT(N) – pokazały, że celują w koneserów historii, a nie wyłącznie w oczywiste gwiazdy. Firma odpowiedzialna za grę podała, że:

Dodanie Elise GT1 jest ukłonem w stronę fanów nietypowych projektów, które mimo porażek zajęły honorowe miejsce w kulturze wyścigowej.

To także idealny moment, bo Project Motor Racing trafi do graczy 25 listopada. Dzięki temu wirtualny Lotus ma szansę osiągnąć to, czego nie dokonał w 1997 roku – wygrać choć jeden wyścig. Dla wielu to symboliczne domknięcie historii. Elise GT1, który był za wolny, za kruchy i za drogi, otrzymał drugą młodość. A na ekranie monitorów i telewizorów nie będzie już „katastrofą”, lecz pełnoprawnym zawodnikiem, który może – wreszcie – będzie w stanie walczyć jak równy z równym.

O autorze

Zdjęcie autora artykułu

Tomasz Nowak

Fotograf i podróżnik na czterech kołach (czasem dwóch). Aparat w jednej ręce, kierownica w drugiej – to moje motto.