MotoGuru.pl

Rywale Tesli pracują na jej zysk. To pokłosie restrykcyjnych norm emisji spalin

Coraz bardziej restrykcyjne normy emisji spalin oraz wiszące nad producentami widmo ponoszenia gigantycznych kar doprowadziły do sytuacji rodem z kiepskiego kabaretu. Otóż firmy takie jak Tesla czerpią zyski z tego, że konkurencja nie wytwarza (wystarczająco wielu) aut elektrycznych, aby zredukować ślad węglowy.

Akcje Tesli rosną w siłę. Amerykańska marka jest na ustach wszystkich – wzbudza dużo zainteresowania i jeszcze więcej emocji. Doczekała się wielu zwolenników, a nawet psychofanów. I widać tego efekty w ujęciu rentowności. W 2020 roku przedsiębiorstwo Elona Muska odnotowało zysk netto, który jednak nie do końca zawdzięcza sprzedaży samochodów.

Owszem słupki idą w górę, gama modeli powiększa się, także o pojazdy w miarę przystępne cenowo, do tego następuje cięcie kosztów. Ale to wszystko to pikuś, ponieważ rentowność tego amerykańskiego producenta podbijają kredyty węglowe. A Tesla wytwarzając wyłącznie bezemisyjne pojazdy, ma ich nadwyżkę, na czym zbija kokosy. Jak to działa?

11 spośród 50 stanów w USA wymaga od producentów spełnienia rygorystycznych norm emisji spalin, które mają ich zachęcić do sprzedaży większej liczby pojazdów nieemitujących zanieczyszczeń do atmosfery. Jeśli firmy motoryzacyjne nie są w stanie tego spełnić, jedynym sensownym wyjściem pozostaje zakup kredytów od innego producenta. Na próżno szukać w gamie Tesli modeli napędzanych tradycyjnymi silnikami spalinowymi, więc… sami widzicie. Elon Musk ma sporo do zaoferowania swoim konkurentom. I korzysta z tego, odcinając kupony.

Sytuacja polityczna w USA sprawiła, że wielu producentów zdecydowało się na zakup nadwyżki kredytów w oczekiwaniu na bardziej rygorystyczne przepisy, jakie planuje wprowadzić administracja Joe Bidena.

Zyski Tesli z tytułu odsprzedaży kredytów regulacyjnych na przestrzeni ostatnich lat wyniosły 3,3 miliarda dolarów, z których 1,6 miliarda zarobiono w samym 2020 roku. Gdyby nie to, firma zanotowałaby stratę netto. Eksperci są zgodni i twierdzą, że Elon Musk nie może opierać na tym swojego biznesu. Ale i bez tego amerykańskie przedsiębiorstwo mogłoby pochwalić się zyskiem brutto z segmentu motoryzacyjnego w ostatnim roku na poziomie 5,4 mld dolarów, co jest zasługą ciągłego wzrostu na kluczowych rynkach, w tym w Chinach. 

Możemy z powrotem stanąć po właściwej stronie Atlantyku, bo i tutaj miały miejsce podobne transakcje między producentami samochodów a Teslą. Koncern FCA w celu spełnienia restrykcyjnych norm emisji spalin nawiązał współpracę z firmą Elona Muska, zobowiązując się do zapłaty całkowitej kwoty blisko 2 mld euro do 2023 roku tak naprawdę w zamian za wprowadzenie modeli Tesli do swojej floty sprzedanych aut w celu ograniczenia emisji dwutlenku węgla. I co tu dużo mówić, jest to korzystne nawet dla FCA, bowiem pozwala uniknąć płacenia ogromnych kar, naturalnie przewyższających koszty w postaci „haracza Teslowego”.

Z kolei Mike Manley, ówczesny dyrektor generalny FCA, podczas spotkania podsumowującego wyniki finansowe firmy w trzecim kwartale wspomniał, że nie ma dokumentu zobowiązującego do uiszczania opłat na rzecz Tesli po 2020 r. Wiele wskazuje więc na to, że warunki mogły zostać zmienione ze względu na fuzję FCA i PSA, w wyniku której powstał gigant motoryzacyjny, funkcjonujący pod nazwą Stellantis.

Czy to oznacza, że Tesla postępuje niemoralnie i zabezpiecza tyły bandytom zanieczyszczającym naszą kochaną planetę? No nie. Po prostu śrubowanie norm emisji spalin następuje szybciej niż wprowadzanie nowej gamy modeli bezemisyjnych. Mamy do czynienia z coraz większą liczbą fuzji czy aliansów, celem zredukowania kosztów. Firmy motoryzacyjne muszą inwestować gigantyczne pieniądze w rozwój nie tylko napędów w pełni elektrycznych, ale nowoczesnych technologii z zakresu autonomicznej jazdy. Na obecnej sytuacji zaważyła także wiara producentów w to, że rządy się ugną pod ich presją i poluzują restrykcje.