Hamilton wskazał największą słabość Ferrari. „Z taką mocą walczylibyśmy o pierwszy rząd”

Pawel Trafny

Paweł Trafny

Lewis Hamilton nie krył rozczarowania po kwalifikacjach do Grand Prix Stanów Zjednoczonych. Choć Ferrari prezentowało znakomite tempo podczas treningów, Brytyjczyk wywalczył dopiero piąte miejsce. Siedmiokrotny mistrz świata wskazał, gdzie włoski zespół traci do Red Bulla i Mercedesa, a jego diagnoza nie pozostawia wielkich nadziei na szybkie rozwiązanie problemu.

Ferrari traci na prostych

Weekend na Circuit of The Americas zapowiadał się dla Ferrari obiecująco. Charles Leclerc uzyskał najlepszy czas piątkowych treningów, natomiast Hamilton był najszybszy w sobotniej, trzeciej sesji. Kiedy jednak przyszło do walki o pola startowe, kierowcy Scuderii musieli uznać wyższość rywali.

Leclerc zakończył kwalifikacje na czwartej pozycji, a Hamilton uplasował się tuż za nim, tracąc do zespołowego partnera zaledwie 0,044 sekundy. Brytyjczyk podkreślał, że jego SF-26 prowadził się bardzo dobrze, a przejazd nie był obarczony błędami. Problem tkwił gdzie indziej.

Hamilton wyjaśnił w rozmowie z oficjalnym serwisem Formuły 1, że Ferrari nie potrafi dorównać konkurentom pod względem osiągów na prostych. Różnica jest szczególnie widoczna na dojeździe do pierwszego zakrętu toru w Austin.

Przez cały weekend obserwujemy, co dzieje się na prostych. Już na dojeździe do pierwszego zakrętu, kiedy nasza moc zaczyna spadać, oni nadal przyspieszają. Podobnie wygląda to w innych miejscach, na przykład przed zakrętem numer 11.

Według Hamiltona analiza porównawcza przejazdów pokazuje, że rywale potrafią utrzymywać przewagę w fazach przyspieszania. Jednocześnie Brytyjczyk nie miał większych zastrzeżeń do zachowania własnego samochodu. Jak przyznał, okrążenie było solidne, ale konkurenci okazali się po prostu szybsi.

Red Bull odjeżdża Ferrari

Szczególne wrażenie na Hamiltonie zrobiły osiągi jednostki napędowej Red Bull Ford. Kierowca Ferrari nie dysponował dokładnymi danymi z całego weekendu, ale na podstawie wcześniejszych analiz oszacował skalę strat na wybranych fragmentach toru:

Nie widziałem dokładnych liczb z tego weekendu. Myślę, że rano było to około trzech dziesiątych sekundy, ale w niektórych miejscach od trzech do pięciu dziesiątych, może cztery dziesiąte. To naprawdę imponujące.

Warto zaznaczyć, że Hamilton mówił o szacunkowych różnicach zaobserwowanych w analizach, a nie o oficjalnie zmierzonej przewadze mocy silnika. Nie można więc traktować tych wartości jako jednoznacznego pomiaru osiągów jednostek napędowych.

Brytyjczyk uważa jednak, że właśnie ten obszar ogranicza potencjał Ferrari. Jego zdaniem przy porównywalnej mocy z Red Bullem włoski zespół mógłby walczyć o miejsca w pierwszym rzędzie.

Gdybyśmy mieli taką samą moc jak oni, bylibyśmy w walce. Myślę, że prawdopodobnie znaleźlibyśmy się w pierwszym rzędzie. Wiemy jednak, jak wygląda sytuacja, więc staramy się wycisnąć z tego wszystko, co możemy.

Scuderia Ferrari SF-26

fot. Ferrari

Rywali uratowały poprawki?

Hamilton zwrócił uwagę również na rozwój konstrukcji konkurencyjnych zespołów. Przez znaczną część sezonu Ferrari SF-26 uchodziło za punkt odniesienia pod względem właściwości podwozia, ale przewaga włoskiego samochodu w zakrętach zaczęła topnieć.

Zdaniem Brytyjczyka Red Bull poprawił osiągi aerodynamiczne swojego bolidu, natomiast Mercedes coraz skuteczniej wykorzystuje pakiet modernizacji wprowadzony kilka wyścigów wcześniej. Hamilton ocenił, że poprawki Mercedesa przyniosły zysk wynoszący co najmniej 0,3 sekundy, a zespół stopniowo nauczył się wykorzystywać ich potencjał.

W rezultacie konkurenci są już w stanie dorównywać Ferrari w zakrętach, zachowując przewagę na prostych. To szczególnie niekorzystne połączenie dla Scuderii, która nie ma obecnie możliwości wykonania porównywalnego kroku w zakresie osiągów jednostki napędowej.

Hamilton podkreślił przy tym, że samo podwozie Ferrari nadal uważa za bardzo dobre, być może nawet nieco lepsze od konstrukcji rywali. Problem polega na tym, że przewaga w tej dziedzinie przestała wystarczać do walki o pole position.

Leclerc wskazuje kolejny problem

Charles Leclerc inaczej oceniał własny występ w kwalifikacjach. Monakijczyk przyznał, że w przeciwieństwie do Hamiltona nie zdołał optymalnie wykorzystać samochodu. W jego przypadku kluczowe okazało się przygotowanie ogumienia do decydującego okrążenia w Q3.

Leclerc tłumaczył, że temperatura opon odbiegała od optymalnego zakresu zaledwie o jeden lub dwa stopnie, ale wystarczyło to, aby znacząco pogorszyć zachowanie bolidu. Problemy zaczęły się już podczas okrążenia wyjazdowego, kiedy samochód nadmiernie się ślizgał.

To bardzo rozczarowujące. Uważam, że mieliśmy dziś potencjał w samochodzie. Ale samochód to również opony. Niestety w Q3 nie trafiliśmy w odpowiednie warunki. Różnica jednego czy dwóch stopni zrobiła dla mnie ogromną różnicę.

Zdaniem Monakijczyka Ferrari musi lepiej zrozumieć charakterystykę ogumienia, ponieważ rywale łatwiej uzyskują maksymalne osiągi podczas decydującej części kwalifikacji. SF-26 okazuje się natomiast wyjątkowo wrażliwy nawet na niewielkie odchylenia od optymalnych parametrów.

Leclerc zauważył, że nie jest to pierwszy weekend, w którym dobre tempo treningowe nie przekłada się na wynik kwalifikacji. Tym razem jednak uważał, że samochód miał potencjał na więcej, a problem z przygotowaniem opon uniemożliwił jego wykorzystanie.

Strategia ostatnią nadzieją

Przed niedzielnym Grand Prix Stanów Zjednoczonych Ferrari znalazło się w trudnym położeniu. Hamilton wystartuje z piątego pola, bezpośrednio za Leclerkiem. Brytyjczyk nie ukrywa, że odrabianie pozycji na Circuit of The Americas może okazać się wymagającym zadaniem.

Siedmiokrotny mistrz świata przypomniał nawet wyścig z 2012 roku, kiedy musiał długo walczyć o wyprzedzenie Sebastiana Vettela. Tamto doświadczenie pokazuje, jak trudno pokonać szybkiego rywala na dystansie wyścigu, nawet dysponując konkurencyjnym samochodem.

Hamilton liczy przede wszystkim na dobry start i możliwości strategiczne. Długi dojazd do pierwszego zakrętu może stworzyć okazję do zyskania pozycji, natomiast odpowiednio dobrana taktyka pit stopów pozwoliłaby Ferrari powalczyć o lepszy rezultat.

Realistycznie oceniając sytuację, Brytyjczyk nie spodziewa się jednak łatwego awansu. Przy wyrównanym tempie czołowych zespołów nawet start z drugiego pola nie gwarantuje możliwości pokonania rywala w bezpośredniej walce. Ferrari musi więc szukać szans nie tylko w szybkości samochodu, ale również w przebiegu wyścigu i decyzjach strategicznych.

O autorze

Pawel Trafny

Paweł Trafny

Redaktor działu Motorsport
Dziennikarz motoryzacyjny i pasjonat mechaniki samochodowej. W swoich publikacjach koncentruje się na motorsporcie, technice oraz kulisach funkcjonowania branży motoryzacyjnej. Analizuje wypowiedzi szefów zespołów, przedstawicieli producentów, mechaników i kierowców zawodowych, zestawiając je z dostępnymi danymi oraz źródłami pierwotnymi.Po godzinach samodzielnie rozwija umiejętności związane z obsługą i naprawą samochodów. Praktyczne zainteresowanie mechaniką pomaga mu lepiej rozumieć opisywane konstrukcje i wyjaśniać zagadnienia techniczne w sposób przystępny dla czytelnika.

© 2026 MotoGuru.pl