⏱️ 12 min.

Gordon Murray S1 LM – analogowy sen za 76 milionów

Zdjęcie autora artykułu

Tomasz Studniarek

23-11-2025 10:11
Gordon Murray S1 LM – analogowy sen za 76 milionów

To nie jest po prostu kolejny supersamochód dla bardzo bogatych. S1 LM od Gordon Murray Special Vehicles to bilet w jedną stronę do lat 90., gdzie w środku karbonowego monokoku czeka sam profesor Murray, a obok niego – wolnossące V12 kręcące się do 12 100 obr./min. Do tego tylko pięć sztuk, centralna pozycja kierowcy i pakiet wrażeń, którego nie da się zamówić w konfiguratorze online.

Gdy McLaren poprosił Gordona Murraya, żeby narysował „po prostu” drogowy samochód, raczej nikt nie zakładał, że powstanie punkt odniesienia na dekady. A jednak McLaren F1 stał się właśnie tym – ikoną, przy której ówczesne Ferrari, Lamborghini i Porsche wyglądały nagle bardzo zwyczajnie. F1 dostał pierwszy w historii drogowy karbonowy monokok, trzy fotele z kierowcą pośrodku, a jego wolnossące V12 BMW wykręciło 627 KM i rozpędziło auto do około 391 km/h.

Rekordy były efektem ubocznym. Murray po prostu chciał stworzyć najlepszy samochód drogowy świata. Szczególny rozdział dopisało Le Mans 1995. F1 GTR, w zasadzie wywodzący się z auta drogowego, nie tylko wygrał wyścig, ale zajął też 1., 3., 4., 5. i 13. miejsce, kompromitując prototypy budowane wyłącznie z myślą o torze. W nagrodę Murray przygotował pięć sztuk McLarena F1 LM – skrajnie dopracowaną, ekstremalną wersję, która do dziś uchodzi za najcenniejszą odmianę F1.

Od McLarena F1 do własnej marki: narodziny Gordon Murray Automotive

Po latach projektowania bolidów F1 i drogowego F1, Murray założył w 2007 roku własną firmę projektową, która w 2017 roku formalnie stała się producentem – Gordon Murray Automotive. Tam skondensował sześć dekad doświadczeń w kilka modeli, które miały być esencją jego siedmiu zasad projektowych:

  • Driving Perfection – skupienie na prowadzeniu,
  • Lightweight – obsesja masy,
  • Engineering Art – inżynieria jako sztuka,
  • Premium Brand – najwyższa jakość i selekcja klientów,
  • A Return to Beauty – powrót do pięknych proporcji,
  • Exclusivity – bardzo krótkie serie,
  • The Customer Journey – podróż klienta, nie tylko transakcja.

Modele T.50 i T.33, limitowane do zaledwie 100 egzemplarzy każdy, stały się nowoczesną odpowiedzią na F1: lekkie, czysto spalinowe, z naciskiem na kierowcę, nie na sprint pod ładowarkę. Ale Murray uznał, że to wciąż „tylko” superauta. Dla najbardziej wymagających kolekcjonerów postanowił stworzyć coś jeszcze bardziej wyjątkowego. Gordon Murray S1 LM – analogowy sen za 76 milionów Tak narodziło się Gordon Murray Special Vehicles – wydzielona dywizja, której zadaniem stało się pójście o krok dalej. Tam, przy pełnej swobodzie projektowej i bez oglądania się na masową produkcję, powstał S1 LM, ochrzczony po prostu „The Special One”.

S1 LM: współczesna reinterpretacja F1 LM

S1 LM został zaprezentowany jako pierwszy i najważniejszy projekt Gordon Murray Special Vehicles, stworzony na specjalne zamówienie kolekcjonera z obsesją na punkcie F1. Debiutował podczas The Quail, A Motorsports Gathering w 2025 roku jako hołd dla 30. rocznicy zwycięstwa F1 GTR w Le Mans i dla pięciu sztuk F1 LM. Stylistycznie auto jest wyraźnie inspirowane F1 LM, ale to nie kopia. Karbonowe nadwozie ma znacznie więcej napięcia i „mięśni”.

Zamiast nieco pudełkowatych proporcji F1, S1 LM dostał sylwetkę o wyraźnym przewężeniu w środkowej części – niczym butelka coca-coli – co wizualnie odchudza bryłę i podkreśla szerokie błotniki mieszczące większe koła i opony. Tył nosi emblemat S1 LM, który nawiązuje do oryginalnego oznaczenia LM na F1, ale litera „S” oznacza „Special”, a „1” – pierwsze i kluczowe auto nowej dywizji. Tak jak F1 LM, także S1 LM powstanie w liczbie zaledwie pięciu egzemplarzy, co z miejsca ustawia go na szczycie piramidy „świętych graali” Murraya.

Monokok, który przeszedł metamorfozę

Choć punktem wyjścia był T.50, finalnie powstało zupełnie inne auto. Największą zmianą była rezygnacja z centralnego „kręgosłupa” struktury, co pozwoliło obniżyć i wysmuklić linię dachu, poprawić przepływ powietrza oraz przybliżyć proporcje do oryginalnego F1 LM. Przeprojektowany karbonowy monokok został obniżony, odchudzony i miejscami dodatkowo wzmocniony, by zachować sztywność i precyzję. Waga całego auta ma wynosić zaledwie 957 kg. W epoce, w której wiele elektryków zbliża się do 2,5 tony, to poziom jak z czasów lekkich rajdówek z Grupą A w tle. Murray po raz kolejny udowodnił, że w jego filozofii kilogram zrzucenia masy jest wart więcej niż dodatkowe konie mechaniczne. Gordon Murray S1 LM – analogowy sen za 76 milionów Karbonowe panele nadwozia mają zaledwie 0,6 mm grubości. To efekt ekstremalnie dopieszczonej technologii wytwarzania włókien węglowych. Cel jest prosty: zachować wytrzymałość i sztywność, wyrzucając każdy zbędny gram. Część powierzchni pozostaje odsłonięta jako tzw. Naked Polish Carbon Fiber – bez warstwy lakieru, tak aby materiał był nie tylko lżejszy, ale też widoczny w całej swojej „surowej” chwale.

Silnik V12 Coswortha: ponad 700 KM przy 12 100 obr./min

Serce S1 LM to zupełnie nowy, stworzony wyłącznie dla tego modelu, wolnossący silnik V12 opracowany z Cosworthem. Ma pojemność 4,3 litra i rozwija ponad 700 KM przy 12 100 obr./min. To jednostka, która ustawia nowy punkt odniesienia pod względem masy, reakcji na gaz i gęstości mocy wśród wolnossących V12 w autach drogowych. Moment obrotowy wynosi 501 Nm, z czego aż 81% jest dostępne już przy 2500 obr./min. Brzmi jak sprzeczność – wysokoobrotowy V12, który jednocześnie ma pełny dół – ale tu w grę wchodzą rozwiązania rodem z wyścigów.

Silnik ma lekkie tłoki pokryte węglikiem krzemu, tytanowe zawory i korbowody, suchą miskę olejową i ekstremalnie niską bezwładność układu korbowo-tłokowego. Eksperci GMA podkreślili w materiałach technicznych, że S1 LM stanowi kolejny krok ponad F1 i T.50 pod względem tego, jak lekki, wysokoobrotowy i responsywny może być wolnossący V12 w aucie drogowym. Jak zauważył zespół inżynierów GMA, nowy V12 w S1 LM stanowi najbardziej skoncentrowane wcielenie filozofii lekkiej, wysokoobrotowej jednostki wolnossącej stworzonej z myślą o kierowcy, a nie o tabelkach z danymi.

Układ wydechowy wykonano z Inconelu – lekkiego, żaroodpornego stopu – i zakończono czterema rurami, które wizualnie nawiązują do F1. Całość owinięto osłoną z 18-karatowego złota. Nie po to, żeby błyszczało na Instagramie, tylko by jeszcze skuteczniej odbijać ciepło i pozwolić na redukcję masy dodatkowych ekranów termicznych. W efekcie silnik i jego „biżuteria” tworzą pokaz inżynierii widoczny przez lekką, poliwęglanową pokrywę komory.

Manualna skrzynia i centralna pozycja kierowcy

S1 LM jest bezkompromisowo analogowy. Do silnika dołączono wyłącznie 6-biegową skrzynię manualną. Nie ma łopatek, nie ma trybu „auto”, nie ma dwusprzęgłowego komfortu. Jest za to klasyczna dźwignia w tunelu i skok lewarka przypominający przeładowanie precyzyjnej broni – krótki, mechaniczny, wymagający.

Aby to osiągnąć, zespół pożenił obudowę skrzyni z torowego T.50s Niki Lauda z wnętrzem przekładni z T.50. Przeprojektowano także monokok i zbiornik paliwa, żeby poprowadzić cięgna zmiany biegów jak najprościej i jak najkrócej. Efekt to „strzałowe” przełożenia, które nie tyle obsługuje się, co czuje w palcach. Gordon Murray S1 LM – analogowy sen za 76 milionów Kierowca siedzi centralnie, jak w F1 i T.50. Widoczność jest niemal idealna, a po obu stronach znajdują się fotele dla pasażerów. To układ znany już z F1 – jedna z najbardziej ikonicznych i funkcjonalnych cech tamtego auta, dziś powielana właściwie tylko przez Murraya.

Obsesja lekkości: koła, wnętrze i detale

Odchudzanie nie kończy się na karbonowym nadwoziu. S1 LM dostał nowe, pięcioramienne felgi z kutego aluminium, zaprojektowane tak, by przy minimalnej masie wytrzymać ogromne obciążenia. W kabinie znajdziemy przeprojektowaną lekką konsolę centralną, lżejsze pedały, ręczny hamulec i zdejmowaną kierownicę w stylu motorsportowym. Zrezygnowano z kamer i wyświetlaczy znanych z T.50 na rzecz klasycznych lusterek na słupkach A.

Z kolei opuszczane boczne szyby zastąpiono zaawansowanymi poliwęglanowymi „okienkami biletowymi”. Każdy taki zabieg zrzuca parę gramów, ale w sumie daje dziesiątki kilogramów przewagi. Instrumentarium kierowcy mocowane jest do monokoku za pomocą wydruku 3D z egzotycznych stopów – elementu pustego w środku, lekkiego, a jednocześnie bardzo sztywnego. To przykład tego, co Murray nazywa „inżynierią jako sztuką” – techniczne rozwiązanie, które jednocześnie wygląda jak eksponat w galerii.

Aerodynamika rzeźbiona cyfrowo i ręcznie

Karoseria S1 LM była jednym z nielicznych projektów GMA, które przeszły klasyczny etap modelowania w glinie. Projektant Florian Flatau i zespół rzeźbili kształt ręcznie, dopracowując krzywizny zanim jakiekolwiek linie trafiły do CAD-a. To proces, który większość marek porzuciła na rzecz wyłącznie cyfrowego projektowania, ale Murray uznał, że tylko tak można nadać bryle „duszę”.

Potem do gry wkroczyły symulacje przepływu powietrza CFD. Celem było osiągnięcie idealnej równowagi między siłą docisku, stabilnością przy dużej prędkości i oporem. S1 LM ma w związku z tym nie tylko wyglądać jak rzeźba, ale też generować docisk tam, gdzie kierowca najbardziej go potrzebuje. W kolejnym etapie auto ma trafić do tunelu aerodynamicznego – po raz pierwszy w historii GMA/GMSV. Co więcej, zwycięzca aukcji będzie mógł osobiście uczestniczyć w tej sesji i zobaczyć, jak jego własne auto „rodzi się” w podmuchach wiatru.

Podwozie, regulacje i torowe gadżety

Zespół dopracował również geometrię zawieszenia. Zastosowano lżejsze elementy, a jednostkę napędową posadzono na sztywnych, sferycznych mocowaniach, co zwiększa sztywność i bezpośredniość reakcji. Kierowca będzie mógł regulować m.in. zbieżność i kąt pochylenia kół, a także ustawienie tylnego skrzydła. Chodzi o to, by dopasować auto nie tylko do toru, ale też do stylu jazdy właściciela. W kabinie znalazły się narzędzia dla maniaków track dayów: system GPS z timerem okrążeń, stoperem i zapisem mapy toru. Dzięki temu każdy przejazd można przeanalizować jak profesjonalny kierowca wyścigowy.

Wnętrze z kryształowym „sercem” na gałce zmiany biegów

Choć S1 LM jest bezlitosny pod względem odchudzania, w detalach potrafi być zaskakująco biżuteryjny. W centrum gałki zmiany biegów umieszczono rzadki kryształ kwarcowy, wydobywany tylko w kilku miejscach Pakistanu. W jego wnętrzu od milionów lat uwięzione są maleńkie kieszenie oleju w stanie ciekłym. Ten kryształ, oszlifowany na kształt kropli, stał się symbolem czystości i celu – motoryzacyjnego „edenizmu”, w którym nie ma miejsca na hybrydy i baterie ważące pół tony. S1 LM obiecuje doświadczenie jazdy, w którym każdy ruch ręki i każda zmiana biegu ma swój rytuał. W opinii projektantów GMSV to właśnie takie detale nadają autu osobowość, której często brakuje współczesnym, cyfrowo wygładzonym supersamochodom.

Projekt, który pomógł przetrwać chorobę

Dla Gordona Murraya S1 LM nie jest tylko kolejnym projektem, który wyląduje w portfolio. Pracował nad nim w czasie leczenia onkologicznego. Sam przyznał później, że właśnie ten samochód pomógł mu przetrwać trudny etap życia. Dziś, będąc w remisji, traktuje S1 LM jako osobisty symbol wytrwałości. To ważny kontekst: właściciel S1 LM nie kupuje wyłącznie zestawu karbonu, tytanu i koni mechanicznych. Kupuje fragment historii projektanta, który – zamiast się poddać – przełożył walkę o własne zdrowie na dzieło inżynieryjne.

Aukcja w Las Vegas: „The Special One” za około 76 mln zł

Premiera S1 LM w świecie kolekcjonerów nastąpiła podczas aukcji RM Sotheby’s w Las Vegas, gdzie „The Special One” wystąpił jako Lot 1. Licytacja zakończyła się kwotą 20 630 000 dolarów, co przy podanym kursie oznacza około 76 058 684 zł. Jak na auto, którego fizycznie jeszcze nie ma, to definicja zaufania do nazwiska na masce.

Praktycznie rzecz biorąc, klient zawarł umowę sprzedaży bezpośrednio z Gordon Murray Special Vehicles, a warunki tej umowy znalazły się w dokumentach przetargowych aukcji. To transakcja krojona pod kogoś, kto nie boi się biurokracji związanej z importem „show or display” do USA czy procedur homologacyjnych w innych krajach.

Podróż klienta: od tunelu aero po 500-stronicową monografię

Najciekawsze w całej historii jest to, jak zaprojektowano „Customer Journey”. Właściciel pierwszego S1 LM nie kończy przygody w momencie przelania pieniędzy. To dopiero początek. Będzie uczestniczył w jazdach testowych przed finalnym zestrojeniem auta i zgłaszał swoje uwagi, które zespół weźmie pod uwagę przy dalszych modyfikacjach. Będzie miał osobisty kontakt z Dario Franchittim – wielokrotnym zwycięzcą Indianapolis 500 i dyrektorem produktu i marki w Gordon Murray Group – oraz z samym Murrayem.

Na koniec dostanie 500-stronicową monografię poświęconą S1 LM. W środku znajdą się nie tylko zdjęcia i dane techniczne, ale także szkice koncepcyjne i skany ręcznych notatek Murraya z jego prywatnego notatnika. To coś w rodzaju „biblii modelu”, która dokumentuje drogę od pierwszych kresek po gotowe auto.

Show or Display, podatki i cała reszta przyziemności

Ponieważ S1 LM jest hiperlimitowanym projektem, a nie samochodem z regularnej produkcji, kwestie formalne nie są banalne. W przypadku kupującego z USA w grę wchodzi import w ramach tzw. Show or Display – specjalnej ścieżki dopuszczania nietypowych aut do ruchu, obwarowanej ograniczeniami rocznego przebiegu i dodatkowymi wymogami. Dostawą auta ma zająć się fabryka w Windlesham w Wielkiej Brytanii.

Odbiorca musi samodzielnie zadbać o cła, podatki i ewentualne koszty „uwspólnienia” auta z lokalnymi przepisami, jeżeli będzie chciał wyjść poza status obiektu „do pokazywania”. Murray i jego ludzie mogą pomóc w procedurze dopisania S1 LM do listy modeli dopuszczonych do Show or Display, ale to nadal klient bierze na siebie konsekwencje fiskalne.

Co kupuje się za 700+ KM i 957 kg?

S1 LM jest podsumowaniem całej kariery Murraya i jednocześnie manifestem: wolnossący, lekki, manualny, z centralną pozycją kierowcy, oparty na włóknie węglowym. W czasach, w których rynek goni za elektryfikacją i cyfryzacją, ten projekt stoi bokiem do nurtu i mówi: „Nie, dziękuję. My robimy motoryzację po staremu, ale na poziomie, którego wcześniej nie było”. To auto, które:

  • łączy legendę F1 LM z nowoczesną technologią materiałową,
  • stawia kierowcę w centrum wszystkiego – fizycznie i filozoficznie,
  • powstaje w liczbie pięciu sztuk, co praktycznie gwarantuje status „niewidzialnego jednorożca” na drogach,
  • daje właścicielowi realny wpływ na strojenie i charakter jazdy auta.

Na dodatek powstało jako osobista terapia autora, człowieka, który już raz zbudował „najlepszy samochód świata” i postanowił zrobić to jeszcze raz, ale dla garstki klientów, którzy rozumieją jego język.

Na marginesie: kilka ważnych dopowiedzeń

Oficjalnie S1 LM jest projektem Gordon Murray Special Vehicles i nie ma formalnej więzi z McLarenem – w materiałach aukcyjnych wprost zaznaczono, że projekt nie jest powiązany z McLaren Group czy McLaren Automotive. To ważne z punktu widzenia prawa i marek, ale emocjonalnie trudno uciec od skojarzeń: F1 LM i S1 LM stoją obok siebie jak dwie klamry spajające trzy dekady ewolucji jednego człowieka.

S1 LM to więc nie tylko auto. To precyzyjnie skrojona opowieść o lekkiej inżynierii, analogowym doświadczeniu, obsesji detalu i o tym, że nawet w erze prądu i autonomii można jeszcze stworzyć coś, co wymaga obecności człowieka za kierownicą w 100%. I to człowieka, który wie, za co naprawdę płaci.

O autorze

Zdjęcie autora artykułu

Tomasz Studniarek

Kocham klasyki – im starsze, tym piękniejsze. Chrom, zapach skóry i mechanika bez elektroniki to mój świat.