Przez niemal pół wieku ratował ludzkie życie, a nawet na emeryturze nie potrafił rozstać się z pracą w pogotowiu. 67-letni Andrzej Noga zginął na drodze ekspresowej S10, gdy w jego Toyotę uderzyło BMW, które kierowca rozpędził do blisko 271 km/h. Mężczyzna osierocił dwoje dorosłych dzieci i pozostawił pięcioro wnuków, a jego żona z ciężkimi obrażeniami trafiła do szpitala.
Całe życie pomagał innym
Andrzej Noga mieszkał w Drawsku Pomorskim. Przez niemal 50 lat pracował w miejscowym pogotowiu jako kierowca ambulansu i ratownik medyczny. Pomaganie innym było dla niego czymś więcej niż obowiązkiem zawodowym. Nawet po osiągnięciu wieku emerytalnego nie zrezygnował całkowicie z pracy.
Jak wynika z reportażu programu „Uwaga!” TVN, 67-latek nadal kilka razy w miesiącu siadał za kierownicą karetki, przewożąc pacjentów między szpitalami. Doskonale znał realia pracy służb ratunkowych i przez dziesięciolecia uczestniczył w niesieniu pomocy osobom, których zdrowie lub życie było zagrożone.
Bliscy wspominają go jako człowieka aktywnego, rodzinnego i pełnego planów. Niedawno wybudował dom, cieszył się czasem spędzanym z rodziną i zamierzał korzystać z kolejnych lat życia. Wszystko zakończyło się podczas zwyczajnego powrotu do domu.
Tragiczny powrót ze Szczecina
6 października 2026 roku Andrzej Noga wraz z żoną Mariolą wracali ze Szczecina do Drawska Pomorskiego. Małżeństwo podróżowało Toyotą drogą ekspresową S10. Według relacji rodziny kierowca przestrzegał przepisów i nie wykonywał niebezpiecznych manewrów.
Tuż przed godziną 20, w rejonie węzła Kobylanka, w tył ich samochodu uderzyło rozpędzone BMW XM. Zderzenie miało katastrofalne skutki. Kierowca Toyoty został wyrzucony przez przednią szybę i poniósł śmierć na miejscu. Jego żona doznała ciężkich obrażeń i została przewieziona do szpitala.
W chwili tragedii BMW prowadził 43-letni Adrian K. Zabezpieczone przez śledczych nagranie wskazuje, że samochód osiągnął prędkość około 270–271 km/h. Nie oznacza to jeszcze, że dokładnie z taką prędkością doszło do samego uderzenia. Jej precyzyjne ustalenie należy do prowadzących postępowanie.
Nagrywał i namawiał
Za kierownicą BMW siedział 43-letni spawacz ze Stargardu, pracujący w Danii. Według ustaleń reporterów „Uwagi!” na co dzień jeździł starym Citroënem, wychowywał nastoletniego syna i samodzielnie budował dom. Jego znajomi i sąsiedzi nie kojarzyli go wcześniej z zamiłowaniem do ekstremalnie szybkiej jazdy.
Na miejscu pasażera znajdował się 45-letni Marcin P., lokalny deweloper i właściciel BMW. To on miał nagrywać przejazd telefonem, a według prokuratury również zachęcać kierowcę do dalszego przyspieszania. Zabezpieczony film stał się jednym z najważniejszych dowodów w sprawie.
Przy prędkości 271 km/h samochód pokonuje ponad 75 metrów w ciągu jednej sekundy. Na dwujezdniowej drodze ekspresowej, gdzie standardowy limit wynosi 120 km/h, oznacza to jazdę ponad dwukrotnie szybszą od dozwolonej. Nawet niewielkie opóźnienie reakcji przekłada się wtedy na dziesiątki dodatkowych metrów.
Uciekł po zderzeniu
Po wypadku Adrian K. oddalił się z miejsca tragedii. Pozostał tam pasażer BMW, u którego stwierdzono ponad dwa promile alkoholu. Sam kierowca był trzeźwy, a przeprowadzone badania nie wykazały obecności środków odurzających u żadnego z mężczyzn.
Jak przekazała w reportażu „Uwagi!” prokurator Julia Szozda z Prokuratury Okręgowej w Szczecinie, kierowca został zatrzymany w ciągu niespełna godziny od zdarzenia. Do komendy policji w Stargardzie przywiozła go bliska osoba.
Obaj mężczyźni usłyszeli zarzuty związane ze spowodowaniem śmiertelnego wypadku. Nie przyznali się do winy i odmówili składania wyjaśnień. 9 października sąd zdecydował o zastosowaniu wobec nich trzymiesięcznego tymczasowego aresztowania. Według prokuratury grozi im od 5 do 20 lat pozbawienia wolności.
Rodzina domaga się sprawiedliwości
Najbardziej poruszający wymiar tej tragedii ujawniły rozmowy reporterów TVN z rodziną zmarłego. Bliscy Andrzeja Nogi nie mogą pogodzić się z tym, że człowiek, który przez dziesięciolecia pomagał ratować innych, sam stracił życie wskutek skrajnie niebezpiecznej jazdy.
Barbara, krewna 67-latka, w rozmowie z „Uwagą!” nie ukrywała rozgoryczenia. Domaga się surowego ukarania osób odpowiedzialnych za tragedię. Szczególnie bolesny pozostaje dla niej kontrast między życiem zawodowym Andrzeja a okolicznościami jego śmierci.
Rodzina oczekuje rozstrzygnięcia sprawy i sprawiedliwego wyroku. Odpowiedzialność obu podejrzanych, w tym znaczenie zachowania pasażera zachęcającego do szybszej jazdy, będzie oceniał sąd.
Andrzej Noga przez niemal 50 lat jeździł karetką, pomagając ludziom w najtrudniejszych momentach ich życia. 6 października to on potrzebował ratunku. Tym razem pomoc przyszła za późno.






