Chińskie marki płacą za pochlebne testy aut? YouTuberzy mówią o ogromnych kwotach

Chińskie marki samochodowe coraz mocniej rozpychają się w Europie, ale razem z ich ekspansją pojawił się spór o przejrzystość internetowych testów aut. Brytyjscy youtuberzy – Joe Achilles i Peter Greaves – twierdzą, że niektórzy twórcy mogą otrzymywać wysokie wynagrodzenia za promowanie modeli, a widz nie zawsze ma jasno wiedzieć, że ogląda materiał sponsorowany.
Nie chodzi o klasyczne zaproszenie na jazdy
W branży motoryzacyjnej zapraszanie dziennikarzy i twórców na prezentacje nowych aut nie jest niczym nadzwyczajnym. Problem zaczyna się tam, gdzie test przestaje wyglądać jak niezależna opinia, a zaczyna przypominać komunikat reklamowy ubrany w luźny format z YouTube’a albo mediów społecznościowych.
Joe Achilles i Peter Greaves mówią o praktyce, która ich zdaniem wykracza poza zwykłą organizację wydarzeń prasowych. Według nich wybrane agencje mają proponować twórcom wynagrodzenia za udział w eventach i przygotowanie treści korzystnych dla konkretnych modeli.
BYD i Jaecoo pojawiają się w tle dyskusji
Wśród przywołanych marek pojawiają się BYD i Jaecoo. To szczególnie nośne, bo obie nazwy dobrze wpisują się w szerszy obraz chińskiej ofensywy na europejskim rynku: szybkie tempo, agresywna komunikacja i walka o zaufanie klientów, którzy jeszcze niedawno patrzyli na takie auta z dużym dystansem.
Achilles twierdzi, że twórcy mogą dostawać również wskazówki dotyczące tematów, które powinni poruszyć w filmach. Taki detal jest ważniejszy niż sama obecność pieniędzy, bo sugeruje możliwość wpływania nie tylko na zasięg materiału, ale też na jego wydźwięk.
Kwoty robią wrażenie, ale sprawa jest trudna do sprawdzenia
Według relacji youtuberów wynagrodzenia za pojedyncze działania mogą sięgać kilku tysięcy euro. W przypadku niektórych twórców mowa nawet o kwotach przekraczających 35 000 euro (ok. 148 617 zł) za materiał.
Co więcej, odbiorca często nie wie, czy ogląda test samochodu, opinię twórcy, czy dobrze ustawioną kampanię reklamową z uśmiechem w miniaturce.
Największy problem to brak jasnego oznaczenia
Sama współpraca reklamowa nie jest niczym nagannym, o ile widz od początku powinien wiedzieć, z czym ma do czynienia. Kłopot pojawia się wtedy, gdy materiał wygląda jak zwykły test, a jego sponsorowany charakter nie zostaje wyraźnie pokazany.
To zaciera granicę między recenzją a komunikacją marketingową. W motoryzacji ma to szczególne znaczenie, bo zakup auta jest kosztowną decyzją, a zaufanie do testującego bywa dla widza ważniejsze niż sam katalog producenta.
Internetowe testy aut weszły w niewygodny etap
Spór wokół chińskich marek pokazuje, że rynek recenzji samochodowych w sieci dojrzewa szybciej niż zasady jego przejrzystości. Dziś twórca może być jednocześnie testerem, ambasadorem, uczestnikiem eventu i elementem kampanii, a widz ma sam zgadywać, którą czapkę akurat widzi na ekranie.
Dla producentów to kuszące narzędzie, bo twórcy internetowi często mają bardziej bezpośredni kontakt z odbiorcami niż klasyczne media. Dla odbiorców to natomiast sygnał, że przy każdym wyjątkowo entuzjastycznym teście warto sprawdzić, czy za zachwytem nie stoi faktura.
O autorze
Marek Karpiuk
Najnowsze

Land Rover zmienia plany dotyczące baby Defendera. Chodzi o rodzaj napędu

Changan DEEPAL S05 PHEV wjeżdża do Polski. Oferuje do 100 km zasięgu na samym prądzie

Porsche jak Hyundai. Taycan otrzymuje ten sam gadżet, który Koreańczycy stosują od dawna

Mercedes-AMG ma problem za kulisami. Brakuje części do aut GT3




