Kalifornia szykuje nowy podatek dla kierowców elektryków. Prosto, uczciwie… i z haczykiem

Kalifornia ustawiła sobie ambitną datę 2045 jako moment dojścia do pełnej neutralności węglowej. Brzmi pięknie, ale gdy mieszkańcy masowo przesiedli się na auta elektryczne, pojawił się problem prozaiczny jak asfalt pod kołami: kto zapłaci za drogi, skoro to właśnie benzyna zasilała stanowy budżet drogowy? Odpowiedzią okazał się testowany podatek od przejechanej mili – prosty na papierze, skomplikowany w praktyce.
Dlaczego Kalifornia w ogóle potrzebuje nowego podatku?
Przez dekady utrzymanie autostrad i lokalnych dróg opierało się na klasycznym podatku paliwowym. Kalifornijska stawka oznacza, że z każdego zatankowanego galonu blisko 61 centów trafia na fundusz remontowy – w praktyce odpowiada to za około 80% jego całkowitego finansowania. Problem jest oczywisty: im więcej aut ma napęd elektryczny, tym mniej kierowcy tankują, a więc mniej płacą.
Test w realnych warunkach: 2–4 centy za milę
Stan przeprowadził pilotaż, który obciążał właścicieli EV kwotą od 2 do 4 centów za każdą przejechaną milę. W teorii to czysta matematyka: im więcej jeździsz, tym więcej zużywasz infrastruktury, więc dorzucasz się uczciwiej niż ryczałtową opłatą roczną. W praktyce jednak sprawa zaczęła się komplikować. Kierowcy z terenów wiejskich czy osoby dojeżdżające daleko do pracy mogłyby odczuć to najmocniej. Fox 26 News podało przykład codziennego dojazdu między Hanford a Fresno, który przełożył się na około 11 dolarów tygodniowo – niby drobna suma, dopóki nie doda się jej do miesięcznych rachunków.
Technologia kontra prywatność: jak mierzyć przebieg?
Tu zaczyna się najbardziej śliski fragment całej układanki. Jednym z proponowanych rozwiązań było urządzenie podłączane do samochodu i rejestrujące każdy przejechany kilometr. Proste? Owszem. Tanie i neutralne dla prywatności? Już niekoniecznie. Kalifornijczycy mają powody do obaw: kto będzie przetwarzał takie dane? Czy trafią do firm trzecich? Czy będą wykorzystywane wyłącznie do celów podatkowych? Ryzyko nadużyć jest realne, a sprzęt dla setek tysięcy pojazdów – kosztowny.
Kto naprawdę zapłaci za drogi?
W opinii Davida Kline’a z California Taxpayers Association idea wydaje się logiczna. Ekspert podkreślił:
Ktoś musiał zapłacić za drogi. Powinni to być ci, którzy z nich korzystają.
Jednocześnie zwrócił uwagę, że nowy podatek może po prostu przesunąć ciężar finansowy na zupełnie inną grupę użytkowników – tych, którzy nie mają wyboru i muszą pokonywać długie dystanse codziennie. Dla nich „sprawiedliwy podatek” może okazać się kolejną barierą finansową, a nie ulepszonym mechanizmem rozliczeń.
Balansowanie między ekologią a rzeczywistością
Stan stoi dziś przed dylematem: jak finansować infrastrukturę w erze elektryfikacji, nie tworząc nowego rodzaju nierówności? Podatek od mili pokonanej przez auta elektryczne miałby być czystym, matematycznym rozwiązaniem, ale może uderzyć w dużo bardziej emocjonalne tony – prywatność, koszty wdrożenia i codzienną sprawiedliwość. Kalifornia będzie musiała podjąć decyzję, która utrzyma równowagę między ekologicznymi ambicjami a doświadczeniem zwykłych kierowców. Drogi nie naprawią się same, ale sposób, w jaki wybierze się ich finansowanie, zadecyduje, kto ostatecznie za nie zapłaci – i jak wiele.
O autorze
Andrzej Kopeć
Najnowsze

Genesis G70 jednak nie znika. Korea szykuje ciche „przedłużenie życia”

Polskie wojsko mówi STOP chińskim autom. Zakaz wjazdu wchodzi od razu

Cmentarzysko aut pod Varazze: ponad 1000 wraków leży pod wodą od 1970 r. Zostały celowo zatopione

Stellantis może podkraść Leapmotorowi asa z rękawa. O co chodzi?



