Ferrari Luce wygląda jak prowokacja na kołach. Teraz rynek oceni, czy jest tego warta

Luce jest pierwszym elektrycznym Ferrari i jednocześnie najbardziej kontrowersyjnym w historii tej marki. Osobliwy wygląd, bardzo wysoka cena i deklaracje o napływających zamówieniach tworzą mieszankę, która może być dla Ferrari ryzykowna albo zaskakująco skuteczna. Największe pytanie dotyczy jednak nie samej premiery, lecz tego, ile taki samochód będzie wart po kilku latach.
Ferrari nie próbuje być grzeczne
Luce nie wygląda jak klasyczne Ferrari przeniesione w epokę elektromobilności. Auto ma sylwetkę bliższą futurystycznemu vanowi lub wysokiemu shooting brake’owi niż nisko zawieszonemu supersamochodowi. Do tego dochodzą przeciwstawnie otwierane drzwi oraz bardzo minimalistyczna kabina oparta na ekranach.
Gdyby usunąć emblemat z wierzgającym koniem, część osób mogłaby pomylić ten projekt z chińskim samochodem klasy premium. I właśnie w tym tkwi cały problem. Ferrari od lat sprzedaje nie tylko osiągi, ale też rytuał, proporcje i rozpoznawalny kod stylistyczny. Luce ten kod celowo narusza, dlatego reakcje są tak ostre.
Cena stawia Luce blisko najdroższych Ferrari
Ferrari Luce kosztuje nieco poniżej 600 000 euro bez podatków i opcji, czyli około 2 539 320 zł przed dodatkami. Po skonfigurowaniu cena może przekroczyć 700 000 euro, czyli około 2 962 540 zł. To poziom, który czyni Luce jednym z najdroższych Ferrari poza seriami specjalnymi i hipersamochodami.
Różnica polega na tym, że Luce nie jest limitowanym modelem dla wąskiego grona kolekcjonerów z długą historią zakupową w Maranello. Ten szczegół ma znaczenie dla rynku wtórnego. Modele limitowane często trzymają wartość dzięki niedostępności. Ferrari produkowane szerzej działa według innych zasad, nawet jeśli nadal pozostaje samochodem dla bardzo zamożnych klientów.
Zamówienia mają uspokoić inwestorów
Po prezentacji Luce akcje Ferrari mocno straciły, ale szef marki Benedetto Vigna nie pokazuje paniki. Według niego książka zamówień zapełnia się szybko, choć takich deklaracji z zewnątrz nie da się łatwo zweryfikować. Vigna przekonuje, że odbiór auta może się zmienić po spotkaniu z nim na żywo. W jego relacji część klientów reaguje najpierw zdziwieniem, a później przechodzi do konkretnych rozmów zakupowych.
Brzmi to jak klasyczna obrona kontrowersyjnego projektu, ale Ferrari ma tu jeden atut: marka potrafi sprzedawać emocje drożej niż niemal cała reszta branży. Ryzyko jest jednak oczywiste. Jaguar niedawno pokazał, że zrywanie z własnym wizerunkiem potrafi szybko obrócić się przeciwko marce. Ferrari gra na podobnym polu, tylko z dużo mocniejszą bazą klientów i znacznie większym kapitałem prestiżu.
Lamborghini czeka, Ferrari bierze ryzyko na siebie
Kontrast z Lamborghini jest wyjątkowo ciekawy. Stephan Winkelmann przyznał, że jego marka dobrze zrobiła, odsuwając w czasie swój pierwszy samochód elektryczny wywodzący się z koncepcji Lanzador. Lamborghini nadal rozwija kompetencje w elektromobilności, ale nie zamierza wprowadzać w pełni elektrycznego modelu w najbliższych pięciu latach.
Włoski konkurent uznaje więc, że technologia musi poczekać na gotowość rynku. Ferrari idzie w przeciwną stronę. Luce ma sprawdzić, czy klienci z najwyższej półki zaakceptują elektryczne Ferrari, które nie tylko zmienia napęd, ale też świadomie burzy estetyczne przyzwyczajenia. To już nie jest delikatne przejście przez boczne drzwi. To wejście głównym wejściem, z orkiestrą i internetową awanturą w pakiecie.
Największa niewiadoma to utrata wartości
Ferrari z regularnej produkcji zwykle tracą na wartości, choć nie zawsze tak mocno jak zwykłe luksusowe auta. Część modeli z lat 90. i 2000 z czasem znów drożała, bo klienci zaczęli szczególnie cenić silniki wolnossące i analogowy charakter. Luce jest w zupełnie innej sytuacji. To elektryk, a rynek bardzo drogich samochodów elektrycznych jest bardziej nieprzewidywalny niż rynek klasycznych Ferrari z silnikami spalinowymi.
Akumulatory, tempo rozwoju technologii i zmieniające się oczekiwania klientów mogą mocniej wpływać na późniejszą wycenę. Jeśli Luce okaże się przełomem, kontrowersyjny wygląd może stać się jego znakiem rozpoznawczym. Jeśli rynek uzna ją za kosztowny eksperyment, pierwsze elektryczne Ferrari może dostać po kieszeni szybciej, niż fani marki chcieliby przyznać.
Genialny ruch albo bardzo drogi test
Ferrari Luce nie jest po prostu kolejnym elektrycznym SUV-em, liftbackiem czy supersamochodem bez silnika V8. To próba sprawdzenia, ile może udźwignąć marka, gdy jednocześnie zmienia napęd, stylistykę i sposób komunikowania luksusu. Najciekawsze jest to, że Ferrari mogło wygrać już na etapie rozmowy. O Luce mówi się dużo, często skrajnie i bez obojętności.
W segmencie samochodów za kilka milionów złotych cisza bywa gorsza niż krytyka. Prawdziwy werdykt przyjdzie dopiero później. Zamówienia pokażą, czy kontrowersja sprzedaje się równie dobrze jak legenda. Rynek wtórny pokaże natomiast, czy pierwsze elektryczne Ferrari będzie kolekcjonerskim punktem zwrotnym, czy jedną z najdroższych lekcji w historii Maranello.
O autorze
Paweł Trafny
Najnowsze

Jaecoo J9 może trafić do Polski. Chiński gigant ma podgryźć m.in. BMW X7 i spółkę

S6 ma domknąć Pomorze przed wakacjami. Kierowcy mogą pojechać nowym odcinkiem jeszcze w czerwcu

Dodge Charger dostanie mocarną wersję. Hellcat wraca do gry

Oliver Solberg rozbił Toyotę w walce o prowadzenie






