Juan Pablo Montoya uważa, że sędziowie słusznie ukarali Lewisa Hamiltona za kolizję z George’em Russellem podczas Grand Prix Belgii. Były kierowca Formuły 1 przyznał, że kontakt nie był celowy, ale jego zdaniem siedmiokrotny mistrz świata nie utrzymał właściwego toru jazdy.
Hamilton uderzył w Russella na pierwszym okrążeniu
Do kolizji doszło na początku wyścigu na torze Spa-Francorchamps. Russell ruszał z trzeciego pola, lecz po starcie w jego Mercedesie wystąpił problem z wykorzystaniem energii elektrycznej. Brytyjczyk stracił tempo i zaczął gwałtownie spadać w stawce.
W jednym z zakrętów Hamilton złapał podsterowność i swoim Ferrari uderzył w samochód byłego zespołowego partnera. Mercedes wypadł na żwir, a Russell musiał wycofać się z rywalizacji. Sędziowie uznali Hamiltona za sprawcę kontaktu i nałożyli na niego karę pięciu sekund.
Montoya: Hamilton nie zdołał utrzymać swojego toru jazdy
Sam Russell nie domagał się surowych konsekwencji. Kierowca Mercedesa ocenił zdarzenie jako incydent wyścigowy, do którego może dojść w tłoku na pierwszym okrążeniu. Inaczej sytuację zinterpretował Juan Pablo Montoya, analizujący Grand Prix Belgii w studiu F1 TV. Zdaniem Kolumbijczyka fakt, że kierowcy jechali na zimnych oponach i walczyli w zwartej grupie, nie zwalnia ich z obowiązku utrzymania odpowiedniej linii. Montoya podkreślił, że Russell pozostawił rywalowi wystarczająco dużo miejsca.
GP Węgier 2026 już w ten weekend. O której wyścig F1 i gdzie oglądać?
Były kierowca Williamsa i McLarena tak wyjaśnił swoje stanowisko:
George miał samochód pod kontrolą, znajdował się przed Lewisem w zakręcie i pozostawił mu wystarczająco dużo miejsca. Lewis nie zdołał jednak utrzymać swojego toru jazdy. W rzeczywistości pojechał zbyt szeroko z powodu podsterowności i w niego uderzył. Czy zrobił to celowo? Nie, absolutnie nie. Mimo to doprowadził do tego zdarzenia. Rozumiem, dlaczego George nazywa to incydentem wyścigowym, ponieważ takie rzeczy mogą wydarzyć się na pierwszym okrążeniu. Problem polega jednak na tym, w jaki sposób napisano przepisy. Zgodnie z nimi należała się kara.
Montoya rozdzielił zatem intencję kierowcy od odpowiedzialności za skutek manewru. Hamilton nie próbował wyeliminować Russella, ale utrata przyczepności przedniej osi doprowadziła do kontaktu, którego drugi zawodnik nie mógł już uniknąć.
Pierwsze okrążenie podzieliło ekspertów
Nie wszyscy komentatorzy ocenili sytuację równie stanowczo. Alex Brundle zgodził się, że podobny manewr w późniejszej fazie wyścigu prawdopodobnie zostałby uznany za przewinienie. Zaznaczył jednak, że początek rywalizacji wymaga uwzględnienia tłoku oraz niewielkiej przyczepności zimnych opon. Brundle przedstawił swoją ocenę następująco:
George znalazł się z przodu i gdyby taka sytuacja wydarzyła się na dowolnym innym okrążeniu, byłby to incydent kwalifikujący się do ukarania. W przypadku pierwszego okrążenia, gdy wszyscy jadą na zimnych oponach, nasze opinie będą się jednak różnić.
Wątpliwości dotyczą więc nie samego przebiegu zdarzenia, lecz tego, jak duży margines powinni otrzymywać zawodnicy na początku Grand Prix. Sędziowie uznali, że w tym przypadku Hamilton przekroczył granicę dopuszczalnego błędu.
Hamilton uważał kolizję za incydent wyścigowy
Kierowca Ferrari nie zgadzał się z decyzją stewardów. Podkreślił, że kontakt był niefortunnym zdarzeniem, a nie rezultatem nadmiernie agresywnego ataku. Jednocześnie przyznał, że uszkodzenie samochodu oraz kara utrudniły mu walkę o lepszy wynik. Hamilton tak odniósł się do werdyktu:
To było niefortunne dla niego i dla mnie. Nie chciałem, żeby tak się to skończyło. Pod koniec wyścigu zrobiłem wszystko, co mogłem, mimo uszkodzeń samochodu i nałożonej kary. Uważałem, że był to incydent wyścigowy, dlatego nie sądziłem, że powinienem zostać ukarany. Decyzja jednak zapadła i nic już tego nie zmieni.
Brytyjczyk ostatecznie ukończył Grand Prix Belgii na czwartym miejscu. Odpowiedzialność za ten wynik przypisał jednak przede wszystkim własnemu wypadkowi podczas trzeciego treningu. Po odbudowie Ferrari samochód miał prowadzić się inaczej, a ustawienia nie pozwalały w pełni wykorzystać jego tempa.
George Russell uciął plotki o Mercedesie. „Toto Wolff nie ma ulubionego kierowcy”
Russell zapłacił najwyższą cenę
Dla Russella kontakt oznaczał kolejny poważny cios w walce o mistrzostwo świata. Awaria systemu elektrycznego pozbawiła go odpowiedniego przyspieszenia, a późniejsza kolizja zakończyła jego wyścig. Kierowca Mercedesa nie obarczał jednak Hamiltona pełną winą i konsekwentnie określał zdarzenie jako element rywalizacji.
Różnica stanowisk dobrze pokazuje problem, przed którym regularnie stają sędziowie Formuły 1. To, co z perspektywy kierowców może być naturalnym skutkiem walki na pierwszym okrążeniu, regulamin może klasyfikować jako spowodowanie kolizji. W ocenie Montoi właśnie literalne zastosowanie przepisów przesądziło o karze dla Hamiltona.
Internet oburzony decyzją sędziów
Decyzja sędziów wywołała ogromne poruszenie również w mediach społecznościowych, gdzie fani i internauci szeroko komentowali sporną sytuację z pierwszego okrążenia. W dyskusjach dominowały skrajne emocje – część społeczności internetowej uznała karę za kuriozalną i niesprawiedliwą, argumentując, że na początku wyścigu w warunkach tłoku i zimnych opon był to typowy incydent wyścigowy, którego Lewis Hamilton nie mógł uniknąć.
Z kolei inni użytkownicy skrupulatnie analizowali materiały wideo, wskazując, że siedmiokrotny mistrz świata pojechał zbyt szeroko i zgodnie z literą przepisów słusznie poniosł odpowiedzialność za spowodowanie kolizji. Analizując sytuację klatka po klatce należy wrócić uwagę na:
- Linię przejazdu Lewisa Hamiltona, który oddala się od tarki i zbliża w stronę bolidu George’a Russella.
- Ilość miejsca, jaką kierowca Mercedesa zostawił rywalowi była większa, niż minimum regulaminowe (na szerokość pojazdu).
- Lewis próbował przewieźć zbyt dużą prędkość w zakręcie, zamiast zacieśnić zakręt, przez co złapał podsterowność i uderzył w tył rywala.
- W sytuacji side-by-side kierowcy powinni dostosować swoją linię przejazdu do warunków panujących na torze. W tym przypadku Lewis pojechał prawie tak, jakby miał całą drogę dla siebie.






