Chiny kłopotem na kryzys? Nissan ma nowy plan na Europę

Nissan szuka sposobu na utrzymanie konkurencyjności w Europie i coraz mocniej patrzy w stronę Chin. W grze są platformy aut elektrycznych rozwijane z Dongfengiem, mogące stać się techniczną bazą przyszłych modeli także poza rynkiem chińskim.
Najciekawsze w tej strategii nie jest samo miejsce produkcji, lecz odwrócenie dotychczasowego układu sił. Chiny przez lata były dla globalnych koncernów rynkiem sprzedaży i zapleczem wytwórczym. Teraz stają się miejscem, z którego japońska marka może brać technologię potrzebną do walki w Europie.
Europa potrzebuje tańszych elektryków, a Nissan potrzebuje skali
Rozwój aut elektrycznych na Starym Kontynencie jest kosztowny. Normy emisji, wymogi bezpieczeństwa, oczekiwania dotyczące zasięgu i rosnące koszty pracy sprawiają, że samodzielne budowanie każdej platformy od podstaw coraz trudniej uzasadnić finansowo.
Dla Nissana oznacza to konieczność szukania skrótów, ale nie w sensie jakościowym. Chodzi raczej o wykorzystanie istniejących rozwiązań tam, gdzie tempo rozwoju jest dziś najwyższe. Chiński rynek EV stał się poligonem dla nowych napędów, baterii i oprogramowania.
Dongfeng może dać Nissanowi fundament pod nowe modele
W tym miejscu pojawia się kierunek wykorzystania platform elektrycznych rozwijanych z chińskim Dongfengiem. Takie architektury powstają przede wszystkim z myślą o rynku chińskim, ale Nissan rozważa ich adaptację także na inne regiony.
Japoński koncern nie podaje jeszcze konkretnych modeli ani terminów. To ważne zastrzeżenie, bo na razie mówimy o strategicznym kierunku, a nie o gotowym europejskim cenniku. Mimo to sygnał jest wyraźny: przyszły elektryk Nissana w Europie może mieć techniczne fundamenty z Chin.
Chińskie pochodzenie przestaje być przypisem
Nissan rozważa też eksport samochodów elektrycznych produkowanych w Chinach na inne rynki. W takim scenariuszu marka korzystałaby z lokalnych fabryk, chińskich łańcuchów dostaw oraz niższych kosztów komponentów i baterii.
To tworzy ciekawy paradoks. Auto nadal może być sprzedawane jako japoński Nissan, ale jego technologia, produkcja lub kluczowe elementy kosztowe mogą pochodzić z Chin. W motoryzacji paszport marki coraz rzadziej mówi całą prawdę o samochodzie.
Dla kierowcy liczyć się będą cena, technologia i zaufanie
Z punktu widzenia europejskiego klienta najważniejsza będzie cena. Jeśli Nissan faktycznie wykorzysta chińskie platformy, może szybciej dojść do tańszych modeli elektrycznych niż przy pełnym, samodzielnym cyklu projektowym. Druga kwestia to technologia.
Chińskie architektury EV nie są już rozwiązaniem drugiej kategorii. W wielu przypadkach to właśnie one wyznaczają tempo w zakresie integracji oprogramowania, ładowania i dopasowania produktu do oczekiwań rynku.
Pozostaje jednak wizerunek. Dla części klientów „chińskie DNA” w japońskim samochodzie może być problemem. Dla innych ważniejszy będzie prosty rachunek: wyposażenie, zasięg, cena i to, czy samochód realnie spełnia codzienne potrzeby.
Nie tylko Nissan
Strategia Nissana dobrze pokazuje szerszą zmianę w branży. Zachodnie i japońskie marki coraz częściej korzystają z chińskich rozwiązań, żeby nadążyć za tempem rynku, który przez lata same próbowały zagospodarować.
Kiedyś Chiny uczyły się od Nissana organizacji produkcji i budowy nowoczesnych samochodów. Teraz Nissan musi uznać, że najbardziej opłacalne i najszybsze odpowiedzi na europejskie problemy z elektrykami może znaleźć właśnie w Chinach. I to jest chyba najbardziej wymowna część całej historii.
O autorze
Adam Główka
Najnowsze

Droga S1 przez Węgierską Górkę zmienia ruch na południu Polski. W wakacje jej znaczenie będzie większe

Ile wytrzymują turbodoładowane silniki w downsizingu? TOP 5 jednostek

Brak miejsca w dowodzie rejestracyjnym? To jeszcze nie powód do paniki

Robert Lewandowski globalną twarzą CHERY. Chińska marka gra o rodzinny wizerunek




