⏱️ 6 min.

Ferrari Luce – może jest brzydkie, za to drogie

Zdjęcie autora artykułu

Piotr Popiołek

29-05-2026 11:05
Ferrari Luce

Ferrari Luce miało być elektrycznym manifestem Maranello, ale na razie wygląda bardziej jak test cierpliwości fanów marki. Problem nie polega wyłącznie na tym, że pierwszy elektryczny model Ferrari wygląda kontrowersyjnie. Problem polega na tym, że kosztuje jak Ferrari, a w tabelce z osiągami nie robi już na świecie takiego wrażenia, jakiego oczekiwalibyśmy po samochodzie za około 640 tys. dolarów. Do tego ten wygląd…

Ferrari weszło do gry, którą inni już zdążyli zepsuć

Jeszcze kilkanaście lat temu ponad 1000 KM w samochodzie drogowym brzmiało jak techniczna pornografia z okolic Bugatti Veyrona. Dziś takie wartości pojawiają się w elektrycznych sedanach, liftbackach i limuzynach, które – przynajmniej formalnie – można traktować jako auta rodzinne.

Ferrari Luce według dostępnych danych ma cztery silniki, około 1050 KM, przyspieszenie do 100 km/h w okolicach 2,5 s, zasięg około 530 km i cenę krążącą wokół 550 tys. euro. To potężne liczby, ale tylko do momentu, w którym postawimy obok niego Teslę Model S Plaid, Porsche Taycana Turbo GT, Lucida Air Sapphire albo Xiaomi SU7 Ultra. Ferrari nie przyjechało na pusty plac. Przyjechało na rynek, na którym brutalne przyspieszenie zostało już dawno skomercjalizowane.

Cena za koń mechaniczny? Tu Ferrari wygląda najgorzej

Najbardziej niewygodne dla Luce nie jest samo porównanie mocy. Najbardziej niewygodne jest zestawienie mocy z ceną. Bo kiedy elektryczne Ferrari kosztuje mniej więcej tyle, co kilka topowych EV razem wziętych, nagle okazuje się, że samo logo na masce musi wiele zrekompensować.

Model Cena orientacyjna Moc 0–100 km/h / 0–60 mph Prędkość maks. Cena za 1 KM
Ferrari Luce ok. 640 000 dolarów ok. 1050 KM ok. 2,5 s ok. 310 km/h ok. 618 dolarów/KM
Xiaomi SU7 Ultra 529 900 juanów, ok. 73 000 dolarów 1548 KM 1,98 s do 100 km/h 350 km/h ok. 47 dolarów/KM
Tesla Model S Plaid ok. 100 000 dolarów 1035 KM 1,99 s do 60 mph do 200 mph / 322 km/h ok. 98 dolarów/KM
Porsche Taycan Turbo GT ok. 230 000 dolarów 1034 KM 2,3 s do 100 km/h 290 km/h ok. 222 dolarów/KM
Lucid Air Sapphire 249 000 dolarów 1251 KM 1,89 s do 60 mph 205 mph / 330 km/h ok. 202 dolarów/KM

Oczywiście takie porównanie ma swoje ograniczenia. Ceny pochodzą z różnych rynków, zasięgi są podawane według różnych norm, a moc w części aut pojawia się jako wartość chwilowa w trybie launch control. Ale nawet po tych zastrzeżeniach obraz jest trudny do obrony: Ferrari Luce jest astronomicznie drogie, a jego przewaga liczbowo nie istnieje. Dane Xiaomi, Tesli, Porsche i Lucida pokazują, że 1000 KM w elektryku przestało być argumentem samym w sobie.

Xiaomi robi największy problem wizerunkowy

Najboleśniejsze porównanie przychodzi z Chin. Xiaomi SU7 Ultra kosztuje lokalnie od 529 900 juanów, czyli w przeliczeniu około 73 tys. dolarów, a oferuje 1548 KM, trzy silniki, 1,98 s do 100 km/h i prędkość maksymalną 350 km/h. To nie jest niszowy eksperyment garażowy, tylko auto od firmy, która jeszcze niedawno kojarzyła się głównie ze smartfonami, opaskami i oczyszczaczami powietrza.

I właśnie dlatego Ferrari Luce jest dla Maranello tak niewygodne. Kiedy chińska firma technologiczna potrafi zbudować elektrycznego sedana o większej mocy, lepszym przyspieszeniu i wyższej prędkości maksymalnej za ułamek ceny, włoska marka musi oprzeć się na czymś więcej niż tabelce z danymi technicznymi.

Problem w tym, że Luce nie wygląda jak samochód, który chce wygrać emocjami. Wygląda raczej jak próba powiedzenia: „jesteśmy nowocześni”, nawet jeśli przy okazji zgubiono gdzieś napięcie, agresję i teatralność, które przez dekady budowały mit Ferrari. Dobitnie rzecz ujmując: można powiedzieć, że Luce to taki współczesny Pontiac Aztek ze względu na prawdopodobny scenariusz jego powstania…

Tesla i Lucid pokazują, że brutalne osiągi już spowszedniały

Tesla Model S Plaid od lat robi widowisko dostępne za cenę bardzo drogiego, ale nadal względnie normalnego samochodu. Oficjalnie ma 1035 KM, 1,99 s do 100 km/h, 320 km/h prędkości maksymalnej i 592 km zasięgu według standardu EPA. Nawet jeśli realna cena zależy od konfiguracji i rynku, mówimy o aucie kilka razy tańszym od Ferrari Luce.

Lucid Air Sapphire idzie jeszcze dalej. Za 249 tys. dolarów oferuje 1251 KM, 1,89 s do 100 km/h, 330 km/h prędkości maksymalnej i 687 km zasięgu EPA. To samochód luksusowy, absurdalnie szybki i technicznie bardzo zaawansowany, ale wciąż kosztujący mniej niż połowę tego, czego oczekuje Ferrari za Luce.

W tym miejscu dochodzimy do sedna: elektryczne przyspieszenie zostało odczarowane. Kiedyś było wydarzeniem. Dziś jest funkcją. Można je kupić w Tesli, Lucidzie, Porsche, Xiaomi, a za chwilę zapewne w kolejnych chińskich markach, które będą dorzucać setki koni mechanicznych tak, jak producenci telefonów dorzucali kolejne megapiksele.

Porsche broni się charakterem, Ferrari powinno tym bardziej

Porsche Taycan Turbo GT jest tu najciekawszym punktem odniesienia, bo nie jest tani i też nie udaje samochodu dla ludu. Ma 1034 KM w trybie overboost, 2,3 s do 100 km/h i cenę w USA w okolicach 230 tys. dolarów. To nadal dużo, ale przy Ferrari Luce zaczyna wyglądać niemal rozsądnie.

Różnica polega na tym, że Taycan Turbo GT nie próbuje sprzedawać samej mocy. Porsche sprzedaje prowadzenie, torowe kompetencje, konsekwencję rozwoju i precyzyjnie ustawiony produkt dla kierowcy. Ferrari teoretycznie powinno mieć w tym przewagę naturalną, bo przez dekady było marką od emocji, dźwięku, dramatu i teatralnego nadmiaru.

Tymczasem Luce w pierwszym odbiorze wygląda jak samochód, który chce być luksusowy, futurystyczny i rodzinny jednocześnie. Problem w tym, że Ferrari nie zbudowało legendy na kompromisie. Zbudowało ją na przesadzie.

Może jest brzydkie, za to drogie

Najzłośliwsze podsumowanie Ferrari Luce brzmi: może jest brzydkie, za to drogie. I niestety trudno je całkowicie odrzucić. Gdyby ten samochód wyglądał jak manifest nowej epoki Ferrari, cena byłaby łatwiejsza do przełknięcia. Gdyby niszczył konkurencję osiągami, można byłoby mówić o elektrycznym LaFerrari współczesnych czasów. Gdyby był tańszy, dałoby się potraktować go jako odważne otwarcie marki na innego klienta.

Ale Luce próbuje być wszystkim naraz. Jest bardzo mocne, ale nie najmocniejsze. Jest bardzo szybkie, ale nie najszybsze. Ma duży zasięg, ale nie rekordowy. Ma cenę hiperauta, lecz nadwozie, które część odbiorców kojarzy bardziej z designerskim eksperymentem niż z marzeniem o wozie rodem z Maranello.

Ferrari oczywiście nadal sprzedaje coś, czego Xiaomi, Tesla czy Lucid nie mają: historię, mit, elitarność i wejście do zamkniętego świata klientów marki. Tyle że w epoce elektryków ten argument działa słabiej niż kiedyś. Tym bardziej, że wraz z debiutem Luce, marka podupadła na wizerunku i straciła na teatralności.

Bo kiedy sama prędkość stała się tania, luksusowa marka musi dostarczyć jeszcze więcej charakteru. I właśnie tu Luce ma największy problem. Nie dlatego, że jest elektryczne. Nie dlatego, że jest czterodrzwiowe. Nawet nie dlatego, że jest drogie. Największy problem polega na tym, że Ferrari kazało zapłacić cenę marzenia, a pokazało samochód, który zbyt wielu ludziom przypomina kalkulację w dość szkaradnym opakowaniu.

O autorze

Zdjęcie autora artykułu

Piotr Popiołek

Redaktor działu Porady
Uwielbiam samochody… dopóki nie trzeba płacić za paliwo i ubezpieczenie. Na szczęście pisanie o nich jest darmowe.

© 2026 MotoGuru.pl