Czy policjanci korzystają z Yanosika, by sprawdzać, czy kierowcy oznaczyli ich kontrolę? Takie pytanie wywołała historia opisana przez Mariusza Derdziaka, który podczas kontroli zauważył w radiowozie telefon z uruchomioną aplikacją. Nie ma dowodu, że funkcjonariusze manipulowali zgłoszeniami, ale sprawa prowadzi do ciekawego paradoksu: skoro ostrzeżenie o zagrożeniu ma skłonić kierowcę do zwolnienia, to podobny efekt może wywoływać informacja o stojącym patrolu.
Yanosik w policyjnym radiowozie
Punktem wyjścia jest relacja opublikowana przez Mariusza Derdziaka na portalu LinkedIn. Autor opisał sytuację, w której podczas zmiany trasy nie zauważył ograniczenia prędkości i na odcinku z limitem 50 km/h jechał 62 km/h. Kontrola zakończyła się mandatem w wysokości 100 zł i 2 punktami karnymi.
Uwagę kierowcy zwróciło jednak coś innego. Jak relacjonował, w radiowozie zobaczył telefon z uruchomioną aplikacją Yanosik. Na tej podstawie zaczął zastanawiać się, czy funkcjonariusze mogą obserwować zgłoszenia dotyczące własnej kontroli i wpływać na ich widoczność. Sam wyraźnie zaznaczył, że nie wie, czy w jego przypadku rzeczywiście do czegoś takiego doszło.
To ważne rozróżnienie. Sam fakt uruchomienia aplikacji w radiowozie nie dowodzi ani usuwania, ani odwoływania zgłoszeń. Nie wiadomo również, w jakim celu funkcjonariusze mieli otwartego Yanosika. Można natomiast zastanowić się nad szerszym problemem: czy ostrzeżenie kierowcy o kontroli prędkości jest sprzeczne z bezpieczeństwem drogowym, czy w określonych okolicznościach może właśnie realizować jego podstawowy cel – skłaniać do zdjęcia nogi z gazu.
Kontrola działa zanim zacznie mierzyć
Jeżeli kierowca widzi w aplikacji informację o patrolu, naturalną reakcją części użytkowników będzie sprawdzenie swojej prędkości, ograniczenia na danym odcinku i ewentualne zwolnienie. Z punktu widzenia egzekwowania przepisów oznacza to oczywiście, że osoba jadąca za szybko może uniknąć mandatu. Z punktu widzenia bezpieczeństwa skutek może być jednak pożądany: samochód zaczyna jechać wolniej.
Nie oznacza to jednak, że każdy policyjny patrol pojawia się wyłącznie w miejscach o statystycznie podwyższonym ryzyku wypadków. Policja prowadzi kontrole z wielu powodów i nie można automatycznie zakładać, że obecność patrolu wskazuje szczególnie niebezpieczny fragment drogi. Jeżeli jednak funkcjonariusze kontrolują prędkość tam, gdzie jej ograniczenie ma istotne znaczenie dla bezpieczeństwa, wcześniejsze ostrzeżenie może zmienić zachowanie kierowcy jeszcze przed minięciem patrolu.
W takim ujęciu pojawia się interesujący paradoks. Gdyby funkcjonariusz rzeczywiście usuwał lub próbował dezaktywować prawdziwe ostrzeżenie o swojej obecności, mógłby jednocześnie osłabiać bodziec, który skłania część kierowców do zwolnienia. Nie ma podstaw, by twierdzić, że tak właśnie postępowano w opisanej sytuacji – jest to jedynie konsekwencja wynikająca z hipotetycznego scenariusza.
Policja sama korzysta z tej samej zasady
Co ciekawe, argument za ostrzeganiem kierowców znajduje oparcie w działaniach samej Policji. Biuro Ruchu Drogowego KGP i Yanosik prowadziły od 1 czerwca do 30 września 2026 roku akcję „Zwolnij – niebezpieczny punkt!”. Jej celem było właśnie ostrzeganie użytkowników aplikacji przed szczególnie niebezpiecznymi miejscami i nakłanianie ich do dostosowania prędkości.
Co więcej, lokalizacje nie zostały wybrane przypadkowo. Według KGP akcja obejmowała miejsca, w których w ostatnich latach dochodziło do największej liczby wypadków drogowych – zarówno dłuższe odcinki, jak i konkretne skrzyżowania czy przejścia dla pieszych. Kierowca zbliżający się do takiego miejsca otrzymuje w Yanosiku komunikat przypominający o zachowaniu szczególnej ostrożności.
Mechanizm behawioralny jest więc bardzo podobny: aplikacja uprzedza kierowcę, a ostrzeżenie ma wpłynąć na jego zachowanie przed dotarciem do określonego miejsca. W przypadku policyjnej kampanii komunikat mówi wprost o zagrożeniu. Przy zgłoszeniu patrolu motywacja kierowcy może być zupełnie inna – chęć uniknięcia mandatu – ale potencjalny bezpośredni skutek w postaci zmniejszenia prędkości może być taki sam.
„Zwalniaj przy szkołach” działa podobnie
We wrześniu 2026 roku Policja razem z Yanosikiem i Screen Network prowadziła także akcję „Zwalniaj przy szkołach”. Kierowcy korzystający z aplikacji otrzymują komunikaty głosowe i graficzne, gdy zbliżają się do szczególnie niebezpiecznego miejsca w rejonie placówki oświatowej.
To pokazuje, że Policja sama traktuje aplikację samochodową jako narzędzie zdolne do wpływania na zachowanie kierujących. Ostrzeżenie pojawia się przed zagrożeniem właśnie po to, aby użytkownik wcześniej zwolnił i zwiększył uwagę.
Mandat czy zmiana zachowania?
Oczywiście ostrzeżenie „policja” i ostrzeżenie „niebezpieczne miejsce” nie są tym samym. Pierwsze może sprawić, że kierowca zwolni wyłącznie na czas minięcia patrolu, podczas gdy celem kampanii bezpieczeństwa jest trwałe zwiększenie ostrożności na niebezpiecznym odcinku. Nie można więc stawiać między nimi prostego znaku równości.
Trudno jednak pominąć wspólny mianownik: w obu przypadkach informacja przekazana przed określonym punktem może spowodować redukcję prędkości. Z perspektywy bezpieczeństwa drogowego istotne jest przede wszystkim to, czy kierowca rzeczywiście jedzie wolniej tam, gdzie nadmierna prędkość zwiększa ryzyko i skutki wypadku.
Dlatego historia telefonu z Yanosikiem w radiowozie jest ciekawsza niż sam spór o to, czy aplikacja pomaga uniknąć mandatu. Nie wiemy, po co funkcjonariusze mieli ją uruchomioną i nie ma podstaw do przypisywania im manipulowania zgłoszeniami. Gdyby jednak policjanci celowo usuwali prawdziwe informacje o kontroli, powstawałby paradoks: eliminowaliby komunikat, który – choć z zupełnie innych powodów niż oficjalne ostrzeżenie – może skłonić kierowców do wykonania dokładnie tej czynności, o którą chodzi w wielu policyjnych kampaniach: zwolnienia.






