„Licencja na zabijanie” i robotaxi Ubera: Kalifornia wchodzi na ring z prawnikami i autonomią

W Kalifornii wystarczyło kilka mocnych słów, jedno chwytliwe hasło i temat robotaxi znów powrócił. Kampania strasząca „licencją na zabijanie” uderza w Ubera, ale tak naprawdę celuje w coś bardziej przyziemnego: pieniądze z odszkodowań, prowizje prawników i zasady rozliczania leczenia po wypadkach. W tle majaczy przyszłość autonomicznych flot, a na pierwszym planie – klasyczna wojna o to, kto ma trzymać rękę na kasie, gdy już dojdzie do zderzenia.
W całej historii jest trochę teatru i trochę twardego prawa. Jedni mówią: „bronimy ofiar wypadków przed prawnikami, którzy zarabiają na ich krzywdzie”. Drudzy odpowiadają: „to sprytny manewr, żeby ograniczyć prawa poszkodowanych akurat wtedy, gdy na drogi ma wjechać nowa fala autonomii”. A gdzieś pomiędzy stoi wyborca, który słyszy „robotaxi” i już ma gotowy odruch nieufności.
O co chodzi z inicjatywą 25-0022A1 i skąd ta burza
Osią sporu jest propozycja o długiej nazwie: Protecting Automobile Accident Victims from Attorney Self-Dealing Act (w wolnym tłumaczeniu: ustawa o ochronie ofiar wypadków samochodowych przed „samoobsługą” prawników). To inicjatywa wyborcza oznaczona numerem 25-0022A1. W założeniu ma odpowiedzieć na realny problem: wypadków jest dużo, a część poszkodowanych trafia pod skrzydła kancelarii, które – według autorów propozycji – potrafią stawiać własny zysk przed interesem klienta.
W opisie inicjatywy pojawia się cel politycznie nośny: ukrócić praktyki prawników od odszkodowań, w tym tych od wielkich reklam przy drogach (tak zwanych „billboard attorneys”). Narracja jest prosta: wydają miliony na marketing, kuszą wielkimi wypłatami, a w praktyce poszkodowany często widzi mniej, niż obiecywano.
Co dokładnie miałoby się zmienić: 75% dla ofiary i mniej „pompowania” kosztów
Trzon propozycji można streścić bez ozdobników: więcej pieniędzy ma zostać u poszkodowanych, a mniej ma „wyciekać” na prowizje i układy wokół leczenia. W dokumentach inicjatywy pada m.in. zapis, że ofiara wypadku samochodowego ma zachować co najmniej 75% całej odzyskanej kwoty w sprawach wynikających z wypadków. To automatycznie ustawia dyskusję o honorariach i o tym, jak rozlicza się koszty medyczne.
Założenia obejmują też uderzenie w mechanizmy, które – zdaniem zwolenników inicjatywy – tworzą zachętę do sztucznego zawyżania rachunków za leczenie. Chodzi o praktyki w rodzaju „padded billing” (napompowane rozliczenia) oraz kierowanie pacjenta w stronę niepotrzebnej albo przesadnie rozbudowanej opieki medycznej tylko po to, by zwiększyć wartość roszczenia.
W pakiecie pojawia się również zakaz określonych układów finansowych między prawnikami a dostawcami usług medycznych, jeśli dotyczą one poszkodowanych w wypadkach samochodowych. Dodatkowo inicjatywa zakłada ochronę sygnalistów (whistleblowerów), którzy ujawnialiby tego typu schematy.
Kontrnarracja: „to nie reforma, tylko podcinanie praw ofiar”
Przeciwko inicjatywie ruszyła kampania organizacji Consumer Watchdog. Najgłośniejsze hasło jest brutalnie proste: Uber rzekomo chce „licencji na zabijanie” w kontekście robotaxi. To komunikat skrojony pod emocje: jeśli dorzucisz „autonomiczne samochody” i „mniej odszkodowań”, część odbiorców nie potrzebuje już szczegółów.
Według tej strony sporu, Uber ma wspierać przepisy, które ograniczą „prawo niewinnych ofiar do odzyskania kosztów leczenia i do reprezentacji prawnej” – a wszystko to w momencie, gdy firma ma znów wdrażać autonomiczne rozwiązania na kalifornijskich drogach. W przekazie kampanii padają też mocne epitety pod adresem Ubera, budujące obraz firmy, która chce technologii bez odpowiedzialności.
Robotaxi Ubera: to nie „ten sam” projekt co dawniej
W tej historii ważny jest jeden detal, który w kampaniach bywa pomijany, bo psuje prostą opowieść. Oskarżenia sugerują powrót „śmiertelnie niebezpiecznego” robotaxi, ale planowany projekt ma być inny niż rozwiązanie kojarzone z tragicznym wypadkiem z 2018 roku. Tamto zdarzenie stało się symbolem ryzyk autonomii – i właśnie dlatego jest tak chętnie przywoływane, nawet gdy kontekst technologiczny się zmienia.
Obecnie mówi się o układzie partnerskim, w którym mają uczestniczyć Lucid, Nuro i Uber. W praktyce ma to oznaczać robotaxi nowej generacji oparte na specjalnie zmodyfikowanym SUV-ie Lucid Gravity. Taki samochód ma mieć zestaw kamer i czujników, a „mózgiem” rozwiązania ma być system autonomicznej jazdy Nuro Driver na poziomie autonomii Level 4 (czyli bez potrzeby stałej kontroli człowieka w określonych warunkach operacyjnych).
To wciąż temat kontrowersyjny, ale technicznie i operacyjnie mówimy o innym podejściu niż w „starych” historiach, którymi straszy się opinię publiczną. Warto też pamiętać o jeszcze jednym, niewygodnym fakcie z dawnych nagrań: w wypadku z 2018 roku w pojeździe był kierowca bezpieczeństwa. To nie unieważnia problemów autonomii, ale pokazuje, jak skomplikowane jest przerzucanie całej odpowiedzialności na jedną etykietę „samochód jechał sam”.
Film z 104 mph i polityka strachu
Jednym z elementów kampanii jest materiał wideo, który pokazuje autonomiczny samochód pędzący 167 km/h. Brzmi efektownie – i dokładnie o to chodzi. Tyle że robotaxi w realnych wdrożeniach nie są projektowane do takich prędkości, a przez długi czas były ograniczane do jazdy po ulicach miejskich i w konkretnych strefach. Zestawienie „autonomii” i „167 km/h” działa jak mem: łatwo zapamiętać, trudniej zweryfikować, czy to w ogóle ma sens w kontekście usług przewozowych po mieście. Prezydent Consumer Watchdog, Jamie Court, uderzył w ton alarmowy:
Ta inicjatywa to cyniczny chwyt, by odebrać Kalifornijczykom prawa, dokładnie wtedy, gdy Uber będzie wdrażał niebezpieczną nową technologię na kalifornijskich drogach.
Jamie Court dodał też, że Uber ma być „lekkomyślny”, a sama propozycja ma pozwolić firmie unikać odpowiedzialności za szkody, które mogłyby spowodować robotaxi. To mocne tezy – i jednocześnie typowy język kampanii, w którym emocja ma przykryć techniczne szczegóły.
Co mówi urzędowe streszczenie: dowód, medycyna i prowizje
W krótkim urzędowym podsumowaniu kluczowych skutków propozycji wskazuje się trzy obszary:
- większy ciężar dowodu po stronie ofiar oraz ograniczenie kwot możliwych do odzyskania w zakresie niektórych kosztów medycznych,
- zakaz określonych układów finansowych między prawnikami a dostawcami usług medycznych,
- obniżenie honorarium pełnomocników powodów do 25% odzyskanej kwoty (z typowych okolic 30–33%).
To jest sedno, o które realnie toczy się spór. Zwolennicy powiedzą: „wreszcie poszkodowany dostanie więcej, a mniej pójdzie na prowizje”. Przeciwnicy odpowiedzą: „limit prowizji sprawi, że część spraw stanie się nieopłacalna dla kancelarii, więc ofiary – zwłaszcza w trudniejszych lub mniej medialnych przypadkach – zostaną bez sensownej reprezentacji”.
Największa kość niezgody: jak liczyć koszty leczenia po wypadku
Osobny front dotyczy tego, na jakiej podstawie wolno dochodzić kosztów medycznych. Krytycy twierdzą, że propozycja ogranicza rekompensatę nie według tego, co było potrzebne klinicznie, tylko według wąskich stawek programów publicznych (Medicare/Medi-Cal) lub według tego, co realnie zapłacił ubezpieczyciel. I tu zaczyna się prawdziwe piekło szczegółów: bo poszkodowany może mieć różne formy rozliczeń, może zostać z zastawem na przyszłej wypłacie, może też nie mieć wsparcia ubezpieczeniowego w prostym modelu „płaci ubezpieczyciel i po sprawie”.
Na papierze walka z zawyżaniem rachunków wygląda jak higiena systemu. W praktyce przeciwnicy boją się, że mechanizm będzie działał jak twardy sufit na leczenie, który nie zawsze pasuje do sytuacji konkretnego człowieka.
Jak to się może skończyć i ile brakuje do głosowania
Na dziś nie ma finału, jest za to kampania. Żeby inicjatywa trafiła na kartę do głosowania w 2026 roku, potrzebne ma być 546 650 ważnych podpisów. To dużo, ale nie są to liczby z kosmosu jak na kalifornijską politykę. Najciekawsze w całej historii jest to, że pod hasłem „robotaxi” toczy się spór, który równie dobrze mógłby wybuchnąć bez żadnej autonomii w tle: o prowizje, o to, kto ma dostęp do systemu prawnego i jak rozliczać koszty leczenia.
Autonomia jest tu potężnym wzmacniaczem emocji. Jeśli więc gdzieś ginie „prawda”, to zwykle nie dlatego, że ktoś ją ukrywa w sejfie, tylko dlatego, że ton kampanii jest głośniejszy niż treść dokumentu. A w takich tematach diabeł siedzi nie w sloganach, tylko w procentach, definicjach i przypisach – nawet jeśli na billboardzie jest to celowo pomijane.
O autorze
Piotr Popiołek
Najnowsze

Genesis G70 jednak nie znika. Korea szykuje ciche „przedłużenie życia”

Polskie wojsko mówi STOP chińskim autom. Zakaz wjazdu wchodzi od razu

Cmentarzysko aut pod Varazze: ponad 1000 wraków leży pod wodą od 1970 r. Zostały celowo zatopione

Stellantis może podkraść Leapmotorowi asa z rękawa. O co chodzi?



