⏱️ 3 min.

Wojna w Iranie wywołała szok na rynku ropy, ale Brent nie dobił do 200 dolarów. Oto dlaczego

Zdjęcie autora artykułu

Patrycja Miętus

27-03-2026 09:03

Wojna w Iranie mocno uderzyła w rynki energii i podbiła ceny ropy oraz gazu, ale notowania surowca nie wystrzeliły do poziomów, których obawiała się część analityków. Brent kosztuje około 100 dolarów za baryłkę i chwilowo sięgał 120 dolarów, jednak do granicy 200 dolarów wciąż bardzo daleko. To zaskakujące, bo skala napięcia na Bliskim Wschodzie należy do największych w historii rynku naftowego.

Punktem odniesienia pozostaje dziś Brent, czyli najważniejszy międzynarodowy benchmark dla ropy. Amerykański rynek nadal opisuje przede wszystkim WTI, ale to Brent najlepiej pokazuje, jak świat wycenia obecne ryzyko. I właśnie tu widać największy paradoks całej sytuacji: konflikt jest bardzo poważny, a reakcja rynku pozostaje zaskakująco spokojna.

Największy szok, ale bez paniki

Według Davide Tabarellego, prezesa i założyciela Nomisma Energia, obecny kryzys jest cięższy niż słynne wstrząsy naftowe z 1973 i 1979 roku. Jego zdaniem sama skala wydarzeń powinna wypchnąć ceny wyżej, nawet w okolice 140 dolarów za baryłkę. Tymczasem rynek zatrzymał się na poziomach przypominających te widziane wcześniej podczas wojny w Ukrainie. Zapowiadając swoją ocenę sytuacji, Tabarelli zwraca uwagę na coś, czego przez dekady obawiano się niemal jak scenariusza awaryjnego dla całej gospodarki światowej.

Jestem zaskoczony, że ropa nie doszła do takiego poziomu. Od zakończenia II wojny światowej paliwa kopalne stały się krwiobiegiem gospodarki, szczególnie w krajach zachodnich. Zawsze istniała duża niestabilność, ale nigdy wcześniej nie doszło do zamknięcia cieśniny Ormuz, której obawiano się od lat. Teraz stało się właśnie to, a paniki nie ma. To kryzys znacznie poważniejszy niż w 1973 czy 1979 roku, a mimo to rynek reaguje z dużym spokojem.

Dlaczego ropa nie podwoiła ceny

Jednym z powodów jest duża dostępność ropy na rynku. Tabarelli mówi wprost, że surowca jest dziś bardzo dużo, co ogranicza skalę wzrostów nawet w tak napiętym momencie. To nie znaczy, że problem zniknął, tylko że rynek nadal zakłada istnienie bufora po stronie podaży. Drugim elementem są oczekiwania inwestorów. Rynek najwyraźniej zakłada, że kryzys nie potrwa długo i nie dojdzie do długotrwałego zablokowania transportu przez cieśninę Ormuz. Właśnie dlatego notowania ropy rosną, ale nie odrywają się całkowicie od rzeczywistości.

Kluczowa jest cieśnina Ormuz

Dla rynku energii najgroźniejszy byłby scenariusz przedłużonego zamknięcia Ormuzu. Tabarelli ocenia jednak, że taki wariant jest mało prawdopodobny w świetle ostatnich ruchów dyplomatycznych. Rynek najwyraźniej czyta tę sytuację podobnie, choć ostrożność nadal jest wysoka. Ekspert nie ukrywa, że przy długim wstrzymaniu ruchu przez Ormuz ceny ropy byłyby nadzwyczajnie wysokie. Jednocześnie dodaje, że trudno sobie realnie wyobrazić pełne zamknięcie tej drogi transportowej na trzy miesiące. Innymi słowy, zagrożenie jest poważne, ale inwestorzy wciąż zakładają szybkie wyjście z kryzysu.

Co to oznacza dla kierowców

Na razie sam wzrost cen ropy nie oznacza jeszcze automatycznie paliwowego armagedonu na stacjach. Rynek paliw zwykle reaguje z pewnym opóźnieniem, a końcową cenę kształtują nie tylko notowania surowca, lecz także podatki i marże. Kierowcy mają więc powód do czujności, ale nie do wkładania kanistrów do salonu. Jeśli napięcie wokół Iranu zacznie szybko wygasać, presja na ceny paliw również może osłabnąć. Jeśli jednak kryzys się przedłuży, ropa pozostanie jednym z pierwszych wskaźników pokazujących, że globalna gospodarka znów jedzie po bardzo wyboistej nawierzchni.

O autorze

Zdjęcie autora artykułu

Patrycja Miętus

Redaktor działu Motorsport
Z wykształcenia humanistka, z zamiłowania petrolhead. W swoich tekstach próbuje połączyć twarde dane z nutą ironii i kobiecą perspektywą.

© 2026 MotoGuru.pl