Saudi Aramco ogranicza październikowe dostawy ropy do Europy po ataku dronów na strategiczny rurociąg Wschód-Zachód. Dla Polski sprawa ma szczególne znaczenie, bo saudyjski koncern jest jednym z ważnych dostawców Orlenu, jednak płocka spółka już zakontraktowała 16 dodatkowych ładunków z innych kierunków.
Atak uderzył w strategiczną trasę eksportu ropy
Problemy Saudi Aramco są skutkiem ataku dronów na rurociąg Wschód-Zachód, prowadzący ze wschodniej części Arabii Saudyjskiej do portu Yanbu nad Morzem Czerwonym. Uszkodzone zostały trzy stacje pompowe, a załadunki w Yanbu zostały wstrzymane. Pełne przywrócenie przepustowości może potrwać nawet sześć tygodni.
Rurociąg ma około 1200 km długości i pełni ważną funkcję w saudyjskim systemie eksportowym. Pozwala bowiem przesyłać ropę nad Morze Czerwone z pominięciem cieśniny Ormuz, czyli jednego z kluczowych punktów światowego handlu surowcem. Przed obecnymi zakłóceniami przepływało nim około 2,6-4 mln baryłek ropy dziennie.
Saudi Aramco ma problem
Znaczenie awarii jest większe, ponieważ problemy pojawiły się w okresie utrudnionej żeglugi przez cieśninę Ormuz. Saudi Aramco może więc w mniejszym stopniu niż zwykle przekierowywać eksport między Zatoką Perską a Morzem Czerwonym. Ruch statków przez Ormuz 21 września pozostawał wielokrotnie mniejszy niż przed konfliktem.
Saudyjski koncern zwiększa jednocześnie wykorzystanie tras przez Zatokę Perską oraz przeładunków statków w pobliżu Soharu w Omanie. Ropa jest przewożona mniejszymi jednostkami do punktów przeładunkowych, skąd trafia na większe tankowce. Rozwiązanie pozwala utrzymać eksport, ale komplikuje logistykę i podnosi jej koszty.
Według danych przytaczanych przez Reuters, koszty frachtu w obecnych warunkach mogą odpowiadać nawet za ponad jedną czwartą wartości przewożonej ropy, podczas gdy wcześniej stanowiły zwykle tylko kilka procent. Oznacza to, że problemem dla europejskich rafinerii nie musi być wyłącznie fizyczna dostępność surowca, lecz również cena jego dostarczenia.
Orlen zakontraktował 16 dodatkowych dostaw
Sytuacja Saudi Aramco ma bezpośrednie znaczenie dla Orlenu. Saudyjczycy odpowiadali za około 40% zaopatrzenia koncernu w ropę. To pokazuje, że po odejściu od rosyjskiego surowca jednym z głównych filarów dywersyfikacji dostaw stała się właśnie Arabia Saudyjska.
Orlen zaczął jednak zabezpieczać zastępcze ładunki jeszcze przed informacją o ograniczeniu październikowych dostaw. Koncern zakontraktował 16 dodatkowych dostaw ropy z Norwegii, Wielkiej Brytanii, Algierii, Kazachstanu, Azerbejdżanu i obu Ameryk. Od piątku miał też ogłosić ponad dziesięć przetargów dotyczących kolejnych alternatywnych dostaw.
Spółka zapewniała przy tym, że zapotrzebowanie rafinerii w Polsce, Czechach i na Litwie pozostaje zabezpieczone. Na obecnym etapie nie ma więc podstaw, by mówić o ryzyku fizycznego braku ropy dla zakładów Orlenu. Problem może leżeć gdzie indziej: awaryjne zakupy mogą okazać się droższe niż dostawy realizowane na podstawie długoterminowych kontraktów.
Ceny paliw nie muszą wzrosnąć?
Ograniczenie dostaw Saudi Aramco nie oznacza automatycznie podwyżek na polskich stacjach. Rynek ropy jest globalny, więc brak konkretnego saudyjskiego ładunku może zostać uzupełniony surowcem pochodzącym z Morza Północnego, Afryki, obu Ameryk czy innych kierunków. Taka zamiana może jednak zwiększać koszty, zwłaszcza gdy wiele europejskich rafinerii jednocześnie zaczyna szukać alternatywy.
Do ceny samego surowca dochodzą obecnie droższy transport i premia związana z ryzykiem geopolitycznym. W czasie, gdy Orlen poszukiwał zastępczych dostaw, ceny niektórych dostępnych ładunków miały przekraczać 120 dolarów za baryłkę (ok. 456 zł).
Jednocześnie sytuacja na rynku pokazuje, dlaczego nie należy stawiać prostego znaku równości między problemami Saudi Aramco a wzrostem cen paliw. Brent 20-21 września znajdowała się w pobliżu 102 dolarów za baryłkę (ok. 388 zł) i w ostatnich dniach taniała. Rynek brał pod uwagę zarówno możliwość poprawy sytuacji na Bliskim Wschodzie, jak i zwiększenie saudyjskiego eksportu innymi trasami.
Diesel bardziej wrażliwy
Dla europejskich kierowców szczególnie istotna może być sytuacja na rynku oleju napędowego. Dostępność diesla i paliwa lotniczego jest napięta, a dodatkowym czynnikiem pozostają ograniczenia eksportu produktów naftowych z Rosji. Jednocześnie na początku września europejskie marże rafineryjne na benzynie w przypadku części benchmarków przekraczały 60 dolarów za baryłkę (ok. 228 zł).
W tej sytuacji ważniejsze od pytania, czy Europie zabraknie ropy, może być to, ile będzie kosztowało zastąpienie saudyjskich dostaw. Jeżeli problemy z rurociągiem przeciągną się na kilka tygodni, europejskie rafinerie mogą silniej konkurować o surowiec z Morza Północnego, Afryki i obu Ameryk.
Nie chodzi o całkowite odcięcie Europy
Informacje o działaniach Saudi Aramco wymagają przy tym precyzyjnego sformułowania. Dostępne dane mówią o anulowaniu części zakontraktowanych na październik dostaw do europejskich odbiorców, a nie o całkowitym zatrzymaniu eksportu saudyjskiej ropy do całej Europy.
Paradoks obecnej sytuacji polega na tym, że rurociąg Wschód-Zachód powstał właśnie jako sposób na uniezależnienie części eksportu od cieśniny Ormuz. Po jego uszkodzeniu Saudi Aramco zostało zmuszone do ponownego zwiększania przepływu przez rejon Zatoki Perskiej. Według przytaczanych danych saudyjski eksport przez Ormuz wzrósł ostatnio do około 2,9 mln baryłek dziennie.
Dla polskich kierowców na razie najważniejsza jest informacja, że Orlen znalazł zastępcze źródła zaopatrzenia i nie sygnalizuje problemów z dostępnością ropy dla swoich rafinerii. Jeżeli jednak awaria będzie trwała długo albo dojdzie do kolejnej eskalacji wokół Ormuzu i Morza Czerwonego, konsekwencje mogą coraz mocniej dotyczyć kosztów transportu oraz regionalnych cen surowca.






