Wojna w Iranie uderza w motoryzację. Toyota, Hyundai i chińskie marki mają największy problem

Zaostrzony konflikt na Bliskim Wschodzie coraz mocniej odbija się na branży motoryzacyjnej. Najbardziej narażeni są producenci silnie obecni w regionie, przede wszystkim Toyota, Hyundai i chińskie marki, a problem nie kończy się na samym Iranie. Kluczowe znaczenie mają też zakłócenia w transporcie, drożejąca ropa i paraliż szlaków handlowych.
Iran pozostaje największym rynkiem samochodowym Bliskiego Wschodu, ale przez lata sankcji funkcjonował w dużej mierze obok zachodniego handlu. Dlatego bezpośredni cios w globalne koncerny nie wynika dziś głównie z ich obecności w samym Iranie, lecz z tego, że cały region został objęty logistycznym i paliwowym turbulencjami.
Najbardziej wojnę odczuwa Toyota
Na miejscu od dawna dominują lokalne marki Saipa i Iran Khodro, co dodatkowo ogranicza bezpośrednią ekspozycję części europejskich i amerykańskich producentów. Według analityków Bernsteina najmocniej wystawiona na skutki kryzysu jest Toyota, która ma około 17% udziału w rynku regionu. Za nią znajduje się Hyundai z wynikiem 10%, a wśród pojedynczych chińskich marek wysoko plasuje się Chery z 5%.
W praktyce oznacza to, że najmocniej zagrożeni są producenci z Japonii, Korei Południowej i Chin, bo to oni zbudowali tam szczególnie silną pozycję sprzedażową. Znaczenie regionu dla Chin jest szczególnie duże, bo Bliski Wschód odpowiada za istotną część eksportu tamtejszych aut osobowych. Reuters podaje, że w 2025 roku Chiny wysłały tam 1,39 mln samochodów, czyli około jedną szóstą całej zagranicznej sprzedaży.
To tłumaczy, dlaczego zawirowania wokół Iranu nie są tylko lokalnym problemem, ale stają się realnym ciosem w globalne ambicje azjatyckich producentów. Pierwsze skutki widać już w praktyce. Toyota ma ograniczyć produkcję aut przeznaczonych na Bliski Wschód z powodu problemów logistycznych związanych z konfliktem i sytuacją wokół Cieśniny Ormuz. To dobry przykład na to, że wojna bardzo szybko przestaje być odległą wiadomością z serwisu agencyjnego, a zaczyna wpływać na realne łańcuchy dostaw i planowanie produkcji.
Nie tylko sprzedaż, ale też ropa i transport
Największy problem dla całej branży może okazać się nie sam popyt, lecz zakłócenie handlu i wzrost cen paliw. Ruch tankowców przez Cieśninę Ormuz praktycznie zamarł, a przez ten wąski przesmyk przechodzi około jedna piąta światowych przepływów ropy i LNG. Gdy taki kanał zaczyna się dławić, skutki odczuwają nie tylko rafinerie i przewoźnicy, ale też producenci aut, dostawcy części i klienci końcowi.
Do tego dochodzą zamknięcia części połączeń lotniczych, wyższe koszty ubezpieczeń i opóźnienia w żegludze. Region obejmuje przecież nie tylko Iran i Izrael, ale też Zjednoczone Emiraty Arabskie, Irak, Jordanię, Kuwejt i inne kraje, które są ważne dla przepływu towarów. W takim otoczeniu nawet marka z ograniczoną obecnością w samym Iranie może odczuć skutki wojny bardzo boleśnie.
Dlaczego Bernstein wskazuje też Stellantis
W tym kontekście analitycy zwracają uwagę również na Stellantis. Problemem nie jest tu bezpośrednio Iran, lecz wrażliwość na skok cen benzyny, który może mocniej uderzyć w producentów opartych na sprzedaży większej liczby modeli spalinowych, zwłaszcza w Ameryce Północnej. Po ograniczeniu części ambitnych planów związanych z elektromobilnością taki scenariusz wygląda dla koncernu mniej komfortowo niż jeszcze kilka kwartałów temu.
Sama firma deklaruje, że uważnie monitoruje sytuację, ale na pełną ocenę wpływu konfliktu jest jeszcze za wcześnie. Toyota podkreśla z kolei, że nie prowadzi działalności ani nie ma pracowników rezydujących w Iranie, a Hyundai i Chery nie skomentowały sprawy. Innymi słowy, branża patrzy na Bliski Wschód z rosnącym napięciem i raczej nikt nie udaje, że to tylko przejściowy zgrzyt.
Bliski Wschód znów pokazuje, jak działa motoryzacja
Ten kryzys przypomina, że motoryzacja jest dziś zależna nie tylko od fabryk i salonów, ale też od geopolityki, szlaków morskich i cen energii. Producent może mieć świetny produkt i mocną pozycję rynkową, a i tak dostać rykoszetem, gdy staje transport, drożeje paliwo i rośnie niepewność. Na papierze to nadal biznes samochodowy, ale rachunek bardzo często wystawia ropa.
O autorze
Patrycja Miętus
Najnowsze

F1 wraca po pięciu tygodniach. W Miami od razu sprint, Antonelli jako lider i widmo burzy

Omoda & Jaecoo rosną w zawrotnym tempie. Wystarczyły tylko 3 lata

SEAT Leon z rabatem do 15 000 zł i dostępny od ręki

Ferrari poprawia Purosangue. Pod maską nadal 725 KM, ale ma być więcej emocji



